Z teściowymi, nawet tymi nieformalnymi bywa ciężko.
Ostatnio miałam zakupić dla chłopca z rodziny 2 bluzeczki. Doradziła mi K odpowiedni rozmiar i kopiłam.
Pokazałam teściowej w domu i twierdziła, że no ładne i chyba nawet za duże, ale nieważne, bo choćby nawet to dziecko dorośnie. Jakież było moje zdziwienie, kiedy 20 minut później już u mamy chłopca zmieniła zdanie i z uporem maniaka twierdziła, że są za małe i złe. Dobrze, że mama i babcia dziecka mnie obroniły. Zastanawiam się tylko skąd u niej to się bierze?
Dzisiaj też się ubawiłam. Oglądam z chłopcami szkielet ludzik, który im zakupiła, a tu nagle wpycha się miedzy mnie, dzieci i tego kościotrupa. Uśmiechnęłam się i odeszłam. Potem powiedziałam P o tym i śmialiśmy się. P. prosił, żebym się nie przejmowała. Ja się nie przejmuję, raczej mnie to śmieszy.
Chłopcy jutro jadą do dziadków na 2 - 3 dni. No zobaczymy, ile wytrzymają.
P już mówi o sobie , że drze się jak hitlerowiec i cały wieżowiec go tylko słyszy jak się wydziera, bo mu psycha siada.
A wczoraj Phil do mnie o Alu powiedział: " Normalnie z nim się nie da żyć". Dobrze, że jeszcze ze mną żyć może :))
niedziela, 29 stycznia 2012
sobota, 28 stycznia 2012
To sobie siedzimy
Jedno jest pewne- muszę do chłopaków z powrotem przywyknąć, do tego ciągłego zamieszania, gwaru, tupotu, kłócenia się i szumu kompuerowych gier wszelkich.
Ja wzięłam dawkę magnezu i costagnusa, bo nerwy mi nadal puszczają- powoli się uspokajam i coraz mniej przeszkadza mi dźwiek upadajacych na podloge przedmiotów.
Wczoraj myślałam, że oszaleję, jak toczyli twardą piłeczkę po panelach, ale dałam rade ( strącaliśmy ludziki).
I to ciagłe zwracanie na siebie uwagi i wołanie co 2 minuty jak nie mnie to P. Niekończąca się historia normalnie.
Wczoraj jak dopadli P. to się opędzić nie mógł. Włazili mu na plecy, kolana. Chodził tak z nimi po domu. Nawet na kolanach u niego chca jeść.
Hit dnia- Phil tak dzisiaj rano mył zęby, że cała pasta została na rękawie jego bluzki. Chrzanie to, nie piorę. Do końca dnia chodzi uflejany :))
Kupiliśmy sanki.
Tak sobie myślę, że byłam bardzo naiwna umieszczając apel do odwiedzających na innym blogu.Przecież fanatyk nie wie, że jest fanatykiem, co sie dzisiaj potwierdziło.
Już mu kiedyś pisałam, żeby nie zostawiał komentarzy u mnie, ale nie i nie zamierzam mu na jakiekolwiek pytania odpowiadać, ale gdzież tam- nie dociera. Nie zawahałam sie wiec użyć czarnej listy. Ciekawa jestem, czy będzie tworzył kolejne adresy e- mailowe, czy da sobie spokój.
Ja wzięłam dawkę magnezu i costagnusa, bo nerwy mi nadal puszczają- powoli się uspokajam i coraz mniej przeszkadza mi dźwiek upadajacych na podloge przedmiotów.
Wczoraj myślałam, że oszaleję, jak toczyli twardą piłeczkę po panelach, ale dałam rade ( strącaliśmy ludziki).
I to ciagłe zwracanie na siebie uwagi i wołanie co 2 minuty jak nie mnie to P. Niekończąca się historia normalnie.
Wczoraj jak dopadli P. to się opędzić nie mógł. Włazili mu na plecy, kolana. Chodził tak z nimi po domu. Nawet na kolanach u niego chca jeść.
Hit dnia- Phil tak dzisiaj rano mył zęby, że cała pasta została na rękawie jego bluzki. Chrzanie to, nie piorę. Do końca dnia chodzi uflejany :))
Kupiliśmy sanki.
Tak sobie myślę, że byłam bardzo naiwna umieszczając apel do odwiedzających na innym blogu.Przecież fanatyk nie wie, że jest fanatykiem, co sie dzisiaj potwierdziło.
Już mu kiedyś pisałam, żeby nie zostawiał komentarzy u mnie, ale nie i nie zamierzam mu na jakiekolwiek pytania odpowiadać, ale gdzież tam- nie dociera. Nie zawahałam sie wiec użyć czarnej listy. Ciekawa jestem, czy będzie tworzył kolejne adresy e- mailowe, czy da sobie spokój.
piątek, 27 stycznia 2012
Nie ma opcji. Musimy być razem.
Aktualnie z ukochanym jesteśmy pokólceni. To znaczy ja jestem obrażona i mam pozę księżniczki.
Denerwują mnie jego wtręty, wiecznie problem o to samo.
Śpie sobie w osobnym łózeczku i jest mi bardzo wygodnie. Tylko dlaczego on wpada do mnie rano i mnie "szczypie?"
Dzisiaj przychodzą do nas chłopcy. Będą tydzień.
Już podsunęłam P. pomysł, aby wywiózł ich i siebie do rodziców. No zadowolonej miny nie miał, ale mnie chętnie by tam wysłał. O nie! Nie tym razem.
Jest jedno wyjście - kompromis, tzn ja stoję przy garach.Wrrrr
Po prawdzie już mi przechodzi zadzieranie nosa i wszystko wraca do normy. Przez to jego zaczepianie mnie.
Czyli stanęło na tym, że musimy być razem.
Denerwują mnie jego wtręty, wiecznie problem o to samo.
Śpie sobie w osobnym łózeczku i jest mi bardzo wygodnie. Tylko dlaczego on wpada do mnie rano i mnie "szczypie?"
Dzisiaj przychodzą do nas chłopcy. Będą tydzień.
Już podsunęłam P. pomysł, aby wywiózł ich i siebie do rodziców. No zadowolonej miny nie miał, ale mnie chętnie by tam wysłał. O nie! Nie tym razem.
Jest jedno wyjście - kompromis, tzn ja stoję przy garach.Wrrrr
Po prawdzie już mi przechodzi zadzieranie nosa i wszystko wraca do normy. Przez to jego zaczepianie mnie.
Czyli stanęło na tym, że musimy być razem.
Już nie biegnę
To pierwszy dzień dzisiaj w tym miejscu.
Całkiem anonimowo rozglądam się po tym kawałku tego blogowego świata.
Póki co bawię się panelem administracyjnym, zmieniam wygląd raz za razem i nie mogę dokończyć swojej przeprowadzki z miejskiej dżungli do swoich czterech ścian
Ten blog będzie zupełnie inny. Nie chce tutaj tłumów. Już nie.
Całkiem anonimowo rozglądam się po tym kawałku tego blogowego świata.
Póki co bawię się panelem administracyjnym, zmieniam wygląd raz za razem i nie mogę dokończyć swojej przeprowadzki z miejskiej dżungli do swoich czterech ścian
Ten blog będzie zupełnie inny. Nie chce tutaj tłumów. Już nie.
czwartek, 26 stycznia 2012
Niepełnosprawność a dzieci.
Lato jeszcze nie minęło- ba nawet nas rozpieszcza słońcem na koniec.
Korzystam więc z każdej chwili. Efekt jest taki, że stępiłam i zdarłam
przednie kółka kompletnie. P. poprzekręcał tylne na przednie i jest w
miarę ok.
Ostatnio na swojej trasie spotkałam niepełnosprawną dziewczynkę.
Jeździła na rowerze „pod okiem”swojego taty. Jazdę do przodu co prawda
opanowała, ale skręcanie i hamowanie chyba nie istnieje w jej
świadomości, więc ojciec musi bacznie obserwować, aby nie zrobiła sobie
krzywdy. Poza tym jest bardzo kontaktowa, aktywna i radosna. Każdego
obdarza swoim uśmiechem od ucha do ucha, co zapewne sprawia, że jest
urocza. Wczoraj nawet pogadałyśmy sobie.
Był
też chłopiec około lat 3.Dziewczynka oczywiście też nawiązała z nim
rozmowę i razem jeździli na rowerach. Chłopiec zdawał się nie zauważać
jej niepełnosprawności, zachowywał się „normalnie”, nie przesadzało mu,
że ona wygląda inaczej, mówi trochę inaczej.
Ale
do czego zmierzam? Zastanowiła mnie ta pozytywna reakcja dzieci,
zwłaszcza tego zdrowego dziecka,które bez uwag zaakceptowało jej
„inność”.
Nie
wiem czy mój wniosek będzie prawdziwy, ale uważam, że to niestety
dorośli uczą patrzeć swe zdrowe dzieci na niepełnosprawność. To oni
podkreślają różnice w wyglądzie i zachowaniu. I niestety przekazują
dzieciom negatywne emocje, jakieś swoje , być może, nieuzasadnione lęki.
Może zbyt mocno zwracają uwagę na różnice, a nie podobieństwa?
Wiem,
że nieraz trudno dzieciom wytłumaczyć, dlaczego ktoś jest inny niż My-
zdrowi. Wynika to pewnie z faktu, że większość rodziców nie odrabia
swojej pracy domowej i nie jest przygotowanych na trudne pytania.
Ja
kiedyś też stanęłam przed taką sytuacją i choć nie jestem rodzicem i
jakby nie mam obowiązku i mogłabym schować głowę w piasek, to podjęłam
się odpowiedzi.Chłopcy zrozumieli.
Ale, ale znowu odbiegam od tematu, choć może tym razem nie do końca.
Zauważyłam
bowiem, że wiele osób niepełnosprawnych widać na ulicy dopiero
wieczorami. W ciągu dnia są gdzieś schowani przed światem i ludźmi, co
przyprawia mnie o smutek. Przykro nieraz patrzeć na zażenowanych ludzi-
towarzyszy osób niepełnosprawnych. Na ich wzrok wbity w chodnik,
odwracanie głowy na widok przechodzących, puste, nieobecne spojrzenie w
przestrzeń.
Siedzę sobie wakacyjnie nadal w
domu.Próbuję pisać swoje opowiadanie, ale momentami proces twórczy mnie
przerasta i chyba już motywacja mniejsza, bo niby czemu i komu ma to
służyć?
Poza tym zastanawiam się ,czy
naprawdę mam aż tak istotne rzeczy do przekazania, żeby książki pisać? W
końcu od starożytności do teraz chyba już wszystko zostało opisane na
rożne sposoby. Zmieniają się tylko nazwiska, miejsca zdarzeń, dekoracje,
plenery. No dobrze, ale swoje wewnętrzne rozterki zostawię dla siebie
samej.
Przeglądając blogi natknęłam
się na jeden, który wciągnął mnie bardzo. Poświeciłam na przeczytanie
wszystkich postów kilka godzin. Historia jest naprawdę dramatyczna (
linka podam na końcu, choć bez zgody autora( ale chyba w tym wypadku nie
muszę jej mieć).
Ale dlaczego o tym chce napisać?
Czytając
bloga Beaty znajduję w nim bardzo dużo podobieństw do własnych
doświadczeń. To dla mnie dziwne i mam jakieś irracjonalne wrażenie, ze
nie stało się przypadkiem to, że zajrzałam akurat na tą stronę. W
pewnych momentach widzę siebie, moją mamę i siostrę, przede wszystkim
jednak własną głupotę i naiwność.
Jak
byłam młoda , a było to bardzo bardzo dawno temu, też myślałam, że
jeśli oddam drugiem człowiekowi wszystko, kiedy zrezygnuje z siebie na
rzecz jego potrzeb, to dostane to samo w zamian.
Nic
bardziej głupszego chyba wymyślić nie mogłam. Na własne życzenie
znosiłam paskudne kłamstwa, złe traktowanie, manipulację,
wykorzystywanie mojej osoby do załatwiania czyjś brudnych spraw, udziału
w spłacaniu długów, kontrolowania mojego życia. I kto by pomyślał, że
ja, w końcu jak by nie było socjologicznie wyedukowana, nie zauważyłam
tego, co koło mnie się dzieje. Jedno co mu się nie udało, to zmienić
moich relację z moją najbliższą rodziną, choć wiele razy próbował.
Straciłam wiele, finansowo również- ale do diabła z pieniędzmi i innymi
materialnymi przedmiotami. Zresztą wszystko to, co było dla mniemało
znaczy, przeżyłam to i uważam, że i tak wyszłam obronną ręką.
Wiem,
że przynajmniej jedną osobę czytającą mojego bloga zainteresuje, co
takiego wydarzyło się, że się otrząsnęłam. Pewnego dnia, w całkiem
prozaicznej sprawie,zapytałam się go „ czy mogę”? Dwa dni później, znowu
przy okazji jakiegoś głupstwa” zapytałam po raz kolejny „ czy mogę”, by
nie wywołać jego niezadowolenia. I wtedy coś we mnie pękło.
Powiedziałam sama do siebie : „ Zaraz chwileczkę, co ja wyprawiam. Za
chwilę zacznę się pytać, czy mogę iść do łazienki , bo może też mu nie
będzie na rękę?”. Zaczęłam się zastanawiać, gdzie w tym wszystkim jestem
ja?W jakim stopniu spełniane są i były moje potrzeby? W jakim stopniu
on interesował się moimi problemami?. Wszystko wyszło na nie. Uznałam
więc, że nie warto. Na sam koniec dopuścił się przemocy fizycznej wobec
mnie i mojej siostry ( bo nie mógł znieść, że stoimy za sobą murem).
Oczywiście byłam k... i ta najgorszą, ale czy mogłam się czegoś innego
spodziewać?
Krótko po rozstaniu
jeszcze próbował mną manipulować. Podszywał się np. pod inne osoby, żeby
wysyłać mi wiadomości na gg czy skype. Najzabawniejsze było to, że po
jakimś czasie, zadzwonił do mnie i powiedział: „ No dobrze,pokłóciliśmy
się, nawtykaliśmy sobie nawzajem, ale dajmy już temu spokój, bądźmy
dalej razem”. Tym razem mu się nie udało.
Wyciągnęłam
z lekcji wnioski i dzisiaj żyje mi się znacznie lepiej. Myślę, że daje z
siebie dużo P. Pielęgnuje swój związek z wielka uwagą i
skrupulatnością.Staram się dbać o P. w każdym wymiarze egzystencji,
czasami spełniam jego zachcianki, robię mu niespodzianki, chce żeby czuł
się szczęśliwy ze mną i miał radość z przebywania ze mną.
Jest
jednak jedno ale. Nie robię niczego przeciwko sobie. Jasno mówię czego
potrzebuje lub czego mi brakuje, co mi przeszkadza. Konsekwentnie dążę
do tego, aby moje potrzeby były uwzględniane, nie rezygnuję ze swoich
pragnień i marzeń, nie odpuszczam dla tzw. świętego spokoju. Żyje jak
chce i pozwalam jemu na realizację swojego „ja”. Myślę, ze cały sekret w
tym, że spotykamy się zawsze gdzieś pośrodku.
Przede wszystkim jestem sobą i wiem,że nie muszę się zmieniać i robić niczego przeciwko sobie, aby P. mnie kochał.
Konsekwencja.
Zgodnie
z planem P. odesłał mnie i dzieci na wakacje do swoich rodziców.
Zastanawiający w tym wszystkim jest jedynie fakt, że w zasadzie to o
mnie nawet nie pytał czy chcę, tylko zadecydował już 2 miesiące
wcześniej , że tak będzie. Z taką jakąś lekkością i łatwością pozbył nas
się z domu. Żartowałam dzisiaj, że pewnie chodzi o to, że chata wolna, a
on po powrocie wciśnie w telefonie memory 5 i będzie wszystko jasne.
Gdy odjeżdżał wyszłam przed dom , pomachałam mu papierową, białą
chusteczką i ocierałam sobie łzy.
Wszyscy mieli niezły ubaw.
Zanim
jednak wyjechaliśmy przez 2 dni walczyłam z Philem, a dosłownie z jego
agresją do Ala. Miał szlaban na gry komputerowe, lody, ale jak się
wczoraj okazało wszystko nieskuteczne. Poprosiłam Phila, aby uprzątnął
wieczorem klocki, a on z racji mojej prośby walnął znowu Ala. Ni
wytrzymałam. Podniósł mi się ton głosu. Powiedziałam mu, że z3 zdania.
Ten stał i patrzał na mnie spod łba. Gdy się odwróciłam, zaczął mnie
przedrzeźniać, więc mu dołożyłam odkurzanie całego mieszkania. Chyba
było mało, bo z kolei spróbował z głupimi minami do mnie, więc na
dokładkę dostał sprzątanie balkonu z gołębich kup. Tu podniósł się bunt,
że on nie będzie tego robił. Ze spokojem wyjaśniłam, że właśnie, że
będzie i radzę mu, aby się ogarnął szybko, bo jeśli nie zdąży dziś przed
zmrokiem, to zrobi to jutro rano.
W kuchni, gdy Phil układał klocki, P.zapytał mnie, czy żartowałam z tym sprzątaniem balkonu,odpowiedziałam, że nie.
Wyjaśniłam,
P. ,że skoro ma siłę bić Ala, umie robić głupie miny ,to ma też siłę i
potrafi posprzątać i nie umrze od tego. Ja sprzątam non stop ten
balkon i jakoś ani się nie pochorowałam ani nie umarłam od tego.
Tak
więc po odkurzaniu, młody dostał miskę z wodą i detergentem, ścierkę
oraz szpachelkę i grzecznie posprzątał balkon, zrobił bez szemrania.
Oczywiście po całej akcji był już tak zmęczony, że praktycznie od razu
poszedł spać.
Dzisiaj od rana był bardzo grzeczny.Nie uderzył Ala, nie krzyczał na niego. Pojechaliśmy w dobrych humorach na wieś.
Gdy
P. pojechał, siedziałam z jego tatą w altanie i rozmawialiśmy.
Przyszedł Phil i powiedział mi,że w pokoju, gdzie będę spała, mam na
stoliku niespodziankę.Siedzieliśmy jeszcze chwilę i Phil przyniósł mi
piękną czerwoną różę. Podziękowałam mu, wyściskałam,
wycałowałam,powiedziałam, że to najładniejszy kwiatek jaki kiedykolwiek
dostałam, bo od niego. Pochwaliłam go, że dzisiaj był był bardzo
grzeczny i że bardzo jestem dzisiaj zadowolona z jego zachowania.
Jutro mamy iść na lody.
Zastanawiam się tylko, czy będzie to efekt trwały czy tylko na przysłowiowe 5 minut.
Babcia
chłopców, o czym będzie również później, ma także swoje pojęcie o
wychowaniu dzieci i swoje pomysły na to, żeby były grzeczne. To że
próbuje podważać moje zdanie i stale uważa , że jej widzi mi się jest
lepsze i skuteczniejsze to jedno, to, że ja jej na to nie pozwalam- to
drugie. Jestem na tyle asertywna, że potrafię się jej przeciwstawić.
Jednocześnie wcale jej nie krytykuję, jeśli chłopakom coś każe zrobić,
to ja popieram. Poza tym patrzę i czekam na efekty. Właśnie dzisiaj się
doczekałam. Poszłam z Alena rolki ( Phil wziął rower) bardzo fajnie
bawiliśmy się,wygłupialiśmy się- było na prawdę super. Mówię do
chłopców,ze musimy wracać, bo babcia się wścieknie ( było już późno),no
co Al „ to niech się wścieknie, ja nigdzie jeszcze nie idę”.W końcu
wróciliśmy. Gdy weszliśmy na podwórko, chłopaki nadal szaleli.
Przewracali się na trawnik, biegali jak oszalali, Al nie chciał zdjąć
rolek i gonił w nich Phila. Oczywiście na to wszystko wyskoczyła babcia
przed dom. Ja siedziałam na schodzie i odpinałam rolki i ochraniacze.
Babcia krzyczy, żeby się rozbierał,żeby weszli do domu, a ci biegają. Ja
siedzę i nic, tylko myślę sobie „ no ciekawa jestem jak to się skończy,
czy Cie posłuchają czy nie, czyje pomysły są okażą się lepsze. Tak więc
chłopaki szaleją , a babcia się na nich wydziera i jak przewidywałam
zero skutku. Skończyło się na tym, że powiedziała do mnie „
Dorota,powiedz im coś”. Gdybym była wredna i złośliwa, to nawet nie chce
pisać , co bym im powiedziała, a przy okazji jej. Powiem tylko tyle, że
dzisiaj rano usłyszałam od niej „ życie nie składa się z samych kar”.
Moja odpowiedź „ oczywiście , że nie, ale jeśli ktoś zasłuży, to lekko
nie ma”.
Zdyscyplinowałam
ich trochę, choć wcale mi się nie chciało, bo skoro tak świetnie sobie
radzi i wie lepiej, to powinna sama ich doprowadzić do porządku.
Powiedziałam więc tylko „ Chłopaki dość. Proszę, uszanujcie to, co mówi
babcia. Phil – wejdź proszę do domu, a ty Al ściągaj rolki. I
posłuchali. Oczywiście za chwilę pożałowałam tego, że na 100 %asertywna
nie jestem i nie mówię zawsze, co mi nie leży. Bo drapnęła ich do
łazienki i zaczęła swoje( ale o tym niżej).
Wieczorem
Ala doprowadziłam na łez –tak się ze mnie siał. Zeszłam z nim do
kuchni, bo chciał pić, a szklanki wysoko i nie sięgnie. Nalałam mu soku,
wypił i zostawił może przysłowiowe 2 łyki. Więc mu mówię : „ Al może
byś tak to już wypił do końca?” Al pije, a ja kontynuuje:” Nachlaj się,
żeby Ci w końcu wystarczyło”. To tak rozśmieszyło Ala,że biedny nie mógł
połknąć i musiał wszystko wypluć. Zresztą ja też się śmiałam, zaraz po
tym jak tylko siebie usłyszałam.
Codziennie
staram się z nimi spędzać trochę czasu ( tylko w troje), o ile nic
albo nikt nam nie przeszkodzi. Gramy razem w piłkę tzn. w zbijaka,
głupiego jasia,bądź rzucamy do kosza, jeździmy na rowerach po
okolicznych wsiach,czytam im książkę przed zaśnięciem. Zaniedbuje przy
tym kształtowanie swojego „ dziecka”, zbyt mało czasu „ mu „poświęcam i
mam wyrzuty sumienia, że tak mało robię dla „niego”.
Różnice
Pewnie
w tym temacie można napisać być tomy , a i tak temat nie został by
wyczerpany. To bardzo dobrze, że się różnimy ( my- ludzie ) od siebie,
bo inaczej chyba przyszłoby nam umrzeć z nudów. Mogłabym teraz, tak ja
setki, a może nawet miliony blogowiczek wylać pomyje na rodziców swojego
partnera, ale tego nie zrobię. Powiem inaczej. To bardzo fajni i dobrzy
ludzie, ale mamy całkowicie inne wyobrażenie i postrzeganie świata.
Różnimy się bardzo, ale tolerujemy siebie, a czasami udajemy , że nie
słyszymy. To naprawdę piękna rzecz, tak słyszeć tylko to, co si chce. Są
jednak takie sprawy, kiedy milczeć niewolno.
Dzisiaj po południu tata P. przekonał się, że ja wcale nie jestem miła
kobietą. Zawalczyłam o P.Grzecznie i kulturalnie „rzuciłam się na niego z
pazurami” inie pozwoliłam mu źle mówić o człowieku, którego kocham.
Wiem,że P. ma wady, ale ja je też mam i mają je wszyscy. Wiem, że czasem
się kłócimy. Nieraz wystarczają nam rano 3 minuty od momentu otworzenia
oczu, nieraz nie odzywamy się do siebie, mamy pretensje o coś tam, ale
generalnie to wszystko jest nieistotne.Sprzeczamy się o jakieś pierdoły,
które nawet nie są warte powtarzania. Póki co nawet nie ma prawa
narzekać i złego słowa nie dam o nim powiedzieć.
Mama
P. to prawdziwa Matka Polka Super Hero. Biega za chłopakami. Podtyka im
jedzenie, picie, smaruje chlebek, studzi herbatkę. Hamuje ich
inicjatywę i ogranicza swobodę. Oczywiście to jest tylko moje widzenie,
bo ona uważa i jest przekonana, że najlepiej na świecie się nimi
opiekuje. Nawet im ręce i buzie myje wieczorem, co dla mnie jest
raczej nie do przyjęcia, ale skoro chce- to bardzo proszę. Nie pozwala
sobie w niczym pomóc. Zawsze, codziennie pytam, czy w czymś pomóc. Ale
nie ona zrobi sobie sama i lepiej- w taki razie ok, dla mnie jeszcze
lepiej. Mam czas dla siebie. Chciałam jej dzisiaj pomóc wyrywać
wyrośnięte ogórki z ogródka, to na mnie fuknęła. Ja założyłam rolki i
nie było mnie 2,5 godziny ( przejechałam ponad 20 km).Dzisiaj w moim
mniemaniu przeszła sama siebie. Tata P. miał robić kluski- prażuchy (
dzieci uwielbiają- ja tego nie jem, bo to ziemniaki z maka i kupą
tłuszczu z podgardla). Po takim daniu musiałabym przejechać chyba 50
km), ale gadał z ciocia W, potem z sąsiadem i się wkurzyła, bo już było
przed 17 i drugi syn zaraz przyjdzie z pracy, a tu niczego nie ma. Drugi
syn ma 32 lata, a ona się zachowuje ,jakby był to noworodek, który musi
jeść o określonej godzinie ( dobrze nie wiem, ale chyba dzisiaj nawet
noworodki nie są karmione o ścisłych godzinach). Już miałam powiedzieć,
że przecież nic się nie dzieje, że poczeka na obiad,ale słowa zatrzymały
mi się w krtani.
Dzieci
chciały jeść łom ( kolejne świństwo: kostka margaryny, torebka mleka w
proszku, cukier, kakao,herbatniki i orzechy), to im ukroiłam. Mieli
obrać sobie spód z folii aluminiowej, to babcia wzięła nożyk i zaczęła
ich wyręczać, Mówię jej, że oni sobie to sami zrobią, a ona mi na to, że
sobie ręce pobrudzą, to ja, że sobie umyją. I tak w kółko. Obydwoje
chodzą za mną i pytają, dlaczego nie jem, pewnie jestem głodna. I stale
muszę powtarzać, że ja jem mało i że głodna nie jestem. Al powiedział
dzisiaj babci : „ Dorota w
ogóle
w domu nie je”. Mówię mu zatem : „ Przecież wiesz, że nie mogę, bo tata
powiedział, że jak rozrosnę się wszerz, to mnie wygoni z domu”.To już
stary mój komentarz, zaznaczam,że ja to wymyśliłam a nie P. Kiedy ćwiczę
sobie w domu, robię brzuszki i takie tam inne, a Al mnie pyta:
- Co robisz?
- Ćwiczę- odpowiadam.
- A po co?
- Muszę
- Dlaczego?
- Bo twój tata powiedział, że jak będę gruba , to mnie z domu wyrzuci.Wchodzi do pokoju P. i Al mu relacjonuje rozmowę. P. Potwierdził, że właśnie się tak stanie. Chłopcy tylko popatrzyli na niego spod byka. Chyba trochę mnie lubią.Pomijając powyższe, zauważyłam jeszcze jedną różnicę. Jeżdżę na tych rolkach, bo trasy są super, asfalt równiusieńki inaczej niż w mieście, ale to mało ważne. Istotne jest to, że ludzie tutaj jak mnie widzą, wypowiadają słowa powitania -zwykle „ dzień dobry”. Ja ich nie znam, oni mnie też, ale to bardzo miłe. Myślę, że po miesiącu stałego pobytu tutaj nie byłabym anonimowa, tak jak w miejskiej dżungli.
Epilog.
Wczoraj
wróciliśmy do domu. W końcu i na szczęście. Bilans mojego wyjazdu z
dziećmi na wieś do rodziców P. jest taki, że zostałam uznana przez jego
mamę za persona non grata- powiedziała P.: „ Jak chcesz, to możesz
dzieci tu przywieź, ale Doroty nie”.
Widocznie różnica pokoleniowa i światopoglądowa okazała się dla niej nie do przeskoczenia.
Rozumiem, że wcale mnie nie musi u siebie gościć ani utrzymywać ze mną żadnych relacji, w końcu rodziną nie jesteśmy.
I jeszcze jedno w zasadzie, kiedy coś we mnie pękło.
Przyszły
dwie kobiety z dziećmi. Jedno z nich może miało 2lata. Rozłożyły się z
plażowymi gadżetami i mama małej dziewczynki bardzo chciała napić się
piwa, ale że chłopak sprzedawał trunek za 7 zł puszka, więc
zrezygnowała.
I zaczęła się akcja, w zasadzie nie wiem nawet o co.
Zaczęła krzyczeć na małą, szarpać ją, popchnęła ją na koc, potem rzuciła
jej z całej siły jakimś ubraniem w twarz. Więc mówię do niej-Co pani
wyprawia? Spojrzała na mnie. P. od razu na mnie: " Nie wtrącaj się".
Powiedziałam, że" będę się wtrącać, bo najlepiej jest nie widzieć i nie
słyszeć, a potem skatowane dzieci trafią do szpitali, albo już nikt im
nie może pomóc. Wtedy dopiero wszyscy zadają pytania, gdzie byli inni
ludzie, jak działo się coś złego, ale jak widzą przemoc wobec dziecka,
to biorą tabletkę znieczulającą". Słysząc moje komentarze trochę się
wyciszyła,dziecko też się uspokoiło. Nie obyło się oczywiście bez
obietnicy skierowanej do dziecka, że nigdzie nie pójdzie, do żadnego
basenu.Moje przewidywana się spełniły. Wzięła ją na zjeżdżalnie i cyrk
zaczął się od nowa. Dziewczynka widząc brak konsekwencji, znowu nie
chciała słuchać, uciekała, sama próbowała wchodzić po barierce do basenu
przy zjeżdżali. Ta latała i darła się znowu jak nienormalna. Podnosiła
ją z tego pisku, to znowu się kładła i ryczała i tak w koło. W końcu
mamuśka zjechała raz i wróciła na koc z dzieckiem.
Jak się okazało
wkrótce dziewczynce po prostu chciało się spać. A mamusia chlapnęła od
razu bawarka,zapaliła 2 papierosy jeden po drugim i też sobie siała
spokojnie.
Generalnie wyjazd urlopowy został zaliczony na plus.
P.stwierdził, że można uznać, że był udany, bo pogodę mieliśmy dobrą,
poza tym psychicznie go wykończyłam. I nawzajem.
Już
na 2 tygodnie przed wyjazdem zastanawiałam się, jak uda nam się
przetrwać 24h/7. Biorąc pod uwagę, że średnia dzienna kłótni wyniosła 2 i
nie pozabijaliśmy się i tak było nieźle.
Wróciliśmy
wczoraj o 21. Jechaliśmy cały dzień z przerwani na obiad, zwiedzanie
zamku krzyżackiego w Gniewie, kolację w pizzerii w Łęczycy.
Dzisiaj
wstałam pierwsza. Rozpakowałam walizki, wrzuciłam pranie najpierw
jedno, potem drugie. Ogarnęłam dzieci mniej więcej i pobiegłam po
zakupy. Potem wzięłam się za sprzątanie domu i balkonu, na którym
gołębie zrobiły sobie toaletę. Zrobiłam obiad, odkurzyłam i mi się
generalnie odechciało. Poszłam na rolki, ale moja kondycja spadła do
zera-ciężko było.
Siedzę i stukam w
klawiaturę, 2 razy tekst nie został zapisany, więc pisze od nowa non
stop coś, a tu jeszcze skończyć nie mogę, bo muszę opowiedzieć na
komentarz.
---------------------------------------------------------------------
Andrzeju!
Myślę, że się bardzo mylisz w ocenie mojej osoby, bo nikomu nie radzę
jak i według jakich zasad ma żyć i postępować, w przeciwieństwie do
Ciebie.Wiem , że Ty masz receptę dla każdego i na każdy problem i wydaje
mi się, że jest to poza dyskusją, bo i tak nic więcej do Ciebie nie
trafia. Zawsze bałam się fundamentalistów, bo jestem przekonana , że
nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. To ,że czasami zaklnę czy zrobi to
ktoś inny z mojego otoczenia, wcale nie świadczy o tym, że jesteśmy
zepsuci do szpiku kości. Nie wiem,zastanawiam się, kto bardziej grzeszy –
my -robiąc czasami coś niewłaściwego, czy Ty brakiem pokory i pychą.
Co
to mojego postu pt „ Walizki”-nie zamierzam się spowiadać ze swojego
życia w internecie, nigdy nie miałam zamiaru uprawiać taniego
emocjonalnego ekshibicjonizmu, stękać jaka to jestem nieszczęśliwa i jak
mi się coś tam nie udało.
Podróż w obie strony upłynęła pod hasłem GPS.
Po raz kolejny potwierdzi się mój sceptycyzm co do zaufania do tego typu urządzeń. P. oczywiście bez GPS nigdzie nie trafi, no przynajmniej tak twierdzi.Za to z GPS pewnie pojechał by przez Warszawę. Pokłóciliśmy się chyba z 10 razy o to samo, bo jechał jak
tępy " kuń". Drogowskaz z napisem Łódź i wielka strzałka narysowana prosto jak byk wisi, a ten swoje, skręca w lewo, bo " pani nawigacja" mówi. Potem pretensje, ze trzeba jechać 5 km, żeby zawrócić. I tak chyba z 5 razy.
Mimo zawirowań dojechaliśmy na 14. Szybko rozpakowaliśmy samochód i pojechaliśmy na plażę, bo szkoda było stracić tak słoneczny dzień.
W zasadzie w ciągu tygodnia to oprócz tego, że wygrzewaliśmy się na słońcu, kąpaliśmy się w morzu, to nic się nie działo.
Po południu w pierwszym dniu P. trochę stracił humor na chwilkę. Pojechaliśmy do sklepu i P. spotkał swoją byłą teściową. Musiał przejechać ponad 500 km, żeby nie uniknąć zderzenia z nią. Mówił że aż przetarł oczy, bo nie wierzył w pierwszym momencie, ale niestety, to był rzeczywisty koszmar, a nie senna mara.
Al i Phil oczywiście marudzili, zwłaszcza Al, ale on to chyba ma po swoim ojcu i z zasady jest nieszczęśliwy i nie potrafi się niczym cieszyć. Poza tym wszystko przebiegało w normie, choć nie obyło się bez kar. Pierwsza dostał Phil za próbę zrobienia ze mnie idiotki. Kładli się spać i dość długo jeszcze w łózkach nie mogli się wyciszyć. Zakomunikowałam, że jeśli się nie uspokoją, to nałożę karę. Al eis wyciszył, ale Phil po 5 minutach woła szeptem i przeszkadza, więc mu mówię, że ma karę i jutro nie będzie jadł lodów, a mały cwaniak do mnie mówi, że on tylko poprawiał sobie poduszkę i dostał jeszcze szlaban na gry komputerowe. Następnego dnia, rozłożyliśmy wszystko na plaży i wybieram się z Alem na lody. Phil wściekłość, rzuca się na piasek, wali pięścią ze łzami w oczach. Idziemy a Al pyta mnie:
- Wiesz dlaczego Phil jest taki zły?
- Wiem- opowiadam.
- To dlaczego- pyta.
- Bo nie może iść z nami na lody- mówię.
- No właśnie- potwierdził Al.
- Ale wiesz Al- mówię do niego- ja nie mogę inaczej, bo się niczego nie nauczy.
- Wiem.
Wieczorem było bez problemu. Powiedziałam tylko, że idziemy spać i ani Phil po raz kolejny, ani Al nie zaryzykowali. Żeby nie było, ze jestem jakąś podłą babą i nie pozwalam się dzieciom bawić na wakacjach, to informuje, że pisząc wieczór mam na myśli godzinę 22.30.
Na plaży za to miałam prawdziwy raj do prowadzenia dyskretnych obserwacji, ludzkich zachowań i relacji. P. tez obserwował z tym wyjątkiem, że były to panie w bikini
. Żeby nie było, ja również rozglądałam się za jakimiś ciachami, ale
zbyt wielu to ich nie było. I tak muszę stwierdzić, że jest o wiele
lepiej niż kilka lat temu, ale jeszcze trochę brakuje do mojej normy.
Zdecydowanie się polepszyło w kwestii zakładania skarpet do klapek i
sandałów, ale niektórzy są niereformowalni. Brzuszki piwne nadal
królują, ale dla równowagi coraz więcej chłopaków o wyrzeźbionych
mięśniach.
Poza tym wyjątkiem na plaży byli ludzie, którzy nie pili piwa czy innego alkoholu. Trochę to przykre, ale cóż ludzie są dorośli i podobno wiedza, co robią.
Z moich obserwacji wynika miedzy innymi, że niektórzy wykazują się totalnym chamstwem. Po plaży chodża , bardzo często bardzo młodzi ludzie i sprzedają przeróżne rzeczy. Nie raz słyszałam z koca obok tekst skierowany do nich :" Choć tutaj!Co tam masz!" Nawet buractwo z pozycji lezącej się nie dźwignęło. Mój komentarz do takiego zachowania :" Ciułał pewnie przez 5 lat, żeby przyjechać na urlop i musi teraz panisko odegrać. Tylko podejść, walnąć w łeb i może by się polepszyło.
Pomijając to, naprawdę ubaw mieliśmy z P. pewnego dnia, gdy rozłożyliśmy swoje manatki koło 2 dziewczyn w wieku około 25-27 lat ( przynajmniej na tyle mi wyglądały). Na samym początku nic się nie działo, bo chlapnęły po 2 piwa i zasnęły. Później żywo rozmawiały o tym, że kolega brunetki zaraz dotrze do nich. Facet jechał 400 km, żeby spędzić, jak się później okazało właśnie z czarnowłosą upojony alkoholem i seksem wieczór. Przyjechał więc "figo fago", ale że czarnulka jeszcze nie była gotowa, to pobiegł po kolejne piwa, zainwestował nawet w zakup frytek. Po pół godzinie już praktycznie na niej leżał, a ona obejmowała go rękami i dyskretnie pocierała nogą o jego nogę. Swoją drogą facet musiał być nieźle zdesperowany, żeby gnać 400 km i " puknąć" trupa? Raczej zadziwiające jak dla mnie.
CDN...
Po raz kolejny potwierdzi się mój sceptycyzm co do zaufania do tego typu urządzeń. P. oczywiście bez GPS nigdzie nie trafi, no przynajmniej tak twierdzi.Za to z GPS pewnie pojechał by przez Warszawę. Pokłóciliśmy się chyba z 10 razy o to samo, bo jechał jak
tępy " kuń". Drogowskaz z napisem Łódź i wielka strzałka narysowana prosto jak byk wisi, a ten swoje, skręca w lewo, bo " pani nawigacja" mówi. Potem pretensje, ze trzeba jechać 5 km, żeby zawrócić. I tak chyba z 5 razy.
Mimo zawirowań dojechaliśmy na 14. Szybko rozpakowaliśmy samochód i pojechaliśmy na plażę, bo szkoda było stracić tak słoneczny dzień.
W zasadzie w ciągu tygodnia to oprócz tego, że wygrzewaliśmy się na słońcu, kąpaliśmy się w morzu, to nic się nie działo.
Po południu w pierwszym dniu P. trochę stracił humor na chwilkę. Pojechaliśmy do sklepu i P. spotkał swoją byłą teściową. Musiał przejechać ponad 500 km, żeby nie uniknąć zderzenia z nią. Mówił że aż przetarł oczy, bo nie wierzył w pierwszym momencie, ale niestety, to był rzeczywisty koszmar, a nie senna mara.
Al i Phil oczywiście marudzili, zwłaszcza Al, ale on to chyba ma po swoim ojcu i z zasady jest nieszczęśliwy i nie potrafi się niczym cieszyć. Poza tym wszystko przebiegało w normie, choć nie obyło się bez kar. Pierwsza dostał Phil za próbę zrobienia ze mnie idiotki. Kładli się spać i dość długo jeszcze w łózkach nie mogli się wyciszyć. Zakomunikowałam, że jeśli się nie uspokoją, to nałożę karę. Al eis wyciszył, ale Phil po 5 minutach woła szeptem i przeszkadza, więc mu mówię, że ma karę i jutro nie będzie jadł lodów, a mały cwaniak do mnie mówi, że on tylko poprawiał sobie poduszkę i dostał jeszcze szlaban na gry komputerowe. Następnego dnia, rozłożyliśmy wszystko na plaży i wybieram się z Alem na lody. Phil wściekłość, rzuca się na piasek, wali pięścią ze łzami w oczach. Idziemy a Al pyta mnie:
- Wiesz dlaczego Phil jest taki zły?
- Wiem- opowiadam.
- To dlaczego- pyta.
- Bo nie może iść z nami na lody- mówię.
- No właśnie- potwierdził Al.
- Ale wiesz Al- mówię do niego- ja nie mogę inaczej, bo się niczego nie nauczy.
- Wiem.
Wieczorem było bez problemu. Powiedziałam tylko, że idziemy spać i ani Phil po raz kolejny, ani Al nie zaryzykowali. Żeby nie było, ze jestem jakąś podłą babą i nie pozwalam się dzieciom bawić na wakacjach, to informuje, że pisząc wieczór mam na myśli godzinę 22.30.
Na plaży za to miałam prawdziwy raj do prowadzenia dyskretnych obserwacji, ludzkich zachowań i relacji. P. tez obserwował z tym wyjątkiem, że były to panie w bikini
Poza tym wyjątkiem na plaży byli ludzie, którzy nie pili piwa czy innego alkoholu. Trochę to przykre, ale cóż ludzie są dorośli i podobno wiedza, co robią.
Z moich obserwacji wynika miedzy innymi, że niektórzy wykazują się totalnym chamstwem. Po plaży chodża , bardzo często bardzo młodzi ludzie i sprzedają przeróżne rzeczy. Nie raz słyszałam z koca obok tekst skierowany do nich :" Choć tutaj!Co tam masz!" Nawet buractwo z pozycji lezącej się nie dźwignęło. Mój komentarz do takiego zachowania :" Ciułał pewnie przez 5 lat, żeby przyjechać na urlop i musi teraz panisko odegrać. Tylko podejść, walnąć w łeb i może by się polepszyło.
Pomijając to, naprawdę ubaw mieliśmy z P. pewnego dnia, gdy rozłożyliśmy swoje manatki koło 2 dziewczyn w wieku około 25-27 lat ( przynajmniej na tyle mi wyglądały). Na samym początku nic się nie działo, bo chlapnęły po 2 piwa i zasnęły. Później żywo rozmawiały o tym, że kolega brunetki zaraz dotrze do nich. Facet jechał 400 km, żeby spędzić, jak się później okazało właśnie z czarnowłosą upojony alkoholem i seksem wieczór. Przyjechał więc "figo fago", ale że czarnulka jeszcze nie była gotowa, to pobiegł po kolejne piwa, zainwestował nawet w zakup frytek. Po pół godzinie już praktycznie na niej leżał, a ona obejmowała go rękami i dyskretnie pocierała nogą o jego nogę. Swoją drogą facet musiał być nieźle zdesperowany, żeby gnać 400 km i " puknąć" trupa? Raczej zadziwiające jak dla mnie.
CDN...
BRUNO.
W środę w końcu przestał padać deszcz. Po południu tłumy dzieci spragnione słonecznej pogody wyległy na podwórko.
Jeździłam trochę koło bloku, ale wyprawiali takie wariactwa i tak plątali się pod nogami, że udałam się w swoje miejsce odosobnienia, zresztą najlepsze pod względem równości ułożonej kostki.
W oddali zauważyłam moją koleżankę z córką, ale pomachałam im tylko i pojechałam dalej.
Gdy wracałam, jeszcze stały, więc podjechałam do nich.
Stał z nimi 5 letni chłopiec. Dowiedziałam się od Agnieszki, że on mówi, że się zgubił i trudno się z nim dogadać, bo nie potrafi udzielić podstawowych informacji o sobie. Powiedziała mi, że wisiał na łańcuchach przy skrzyżowaniu pół godziny i oglądał rozbity samochód ( niegroźna stłuczka, tylko przód jednego samochodu stał się podobny do rekina). Podeszła o niego ze swoją znajomą, ale chciał uciekać, na szczęście go zatrzymały.
Stoją nad nim i myślą, co teraz- no " CHYBA trzeba zadzwonić na policję?".
Postanowiłam pogadać jeszcze nim ja, bo tak sobie pomyślałam, że może jednak obędzie się bez panów w mundurach i rodzicom tłumaczenia się, bo nieraz to rożnie bywa. Nie tak dawno P. biegał z Alem po osiedlu i szukał Phila, a ten siedział ze mną w domu i wcinał naleśnika. Na moje pytanie :" Gdzie są tata i Al?"odpowiedział, że już idą. Uznałam, że P. wie, że on przybiegł do domu, ale się pomyliłam.
Ze względu na pedagogiczne wykształcenie przerzucony został problem na mnie.Podjęłam więc próbę:
- Cześć. Mam na imię Dorota.
Podał mi rękę, ale nic.
- Jak Ty masz na imię? - pytam
- Bruno- odpowiedział.
- Wiesz gdzie mieszkasz?
- Na ..... skiego 6.
- Długo już tak chodzisz sam?
- Długo
- Jesteś głodny, chce Ci się pić?
- Tak
Dałam mu swój napój, koleżanka wysłała córkę po rogaliki.
- Wiesz co- mówię do niego- ja zadzwonię teraz do takiego pana, który pomoże nam znaleźć Twoja mamę.
- Dobrze- powiedział.
Zadzwoniłam więc pod numer alarmowy policji, bo żadnego innego nie znam. Po krótkiej chwili zgłosił się dyżurny. Przestawiłam się, powiedziałam w jakiej sprawie dzwonię. Poprosił, żebym opisała dziecko, wiec podałam szczegóły rysopisu. Poprosił następnie, żebym przytrzymała dziecko, bo oni już mają zgłoszenie o zaginięciu i zaraz wyśle radiowóz.
- Mam dla Ciebie dobre informacje, Bruno. Mama i tata już Cię szukają.
Kiwnął głową bez entuzjazmu.
- Zaraz przyjadą tutaj panowie, którzy zabiorą Cię do domu.
Znowu kiwnął głową, ale radość nie malowała mu się na twarzy.
Po 5 minutach przyjechali. Spisali moje dane, posadzili chłopca w samochodzie, podziękowali za dobrą obywatelska postawę.
Bruno siedział trochę przestraszony, ale policjanci uspokajali go mówiąc , że zaraz zawiozą go do domu.
- Ale masz fajnie Bruno- mówię. Będziesz jechał takim super samochodem, też bym chciała.
Trochę się uśmiechnął.
- Twoja mama już czeka na Ciebie.
- Tak- policjant wyraził sceptycyzm w tonie głosu i uśmiechu. Mamie to pewnie powiedzą, że się zgubił. Gdyby nie inni ludzie , to może jutro by się kapnęła, że go nie ma.
Na szczęście powiedział to cicho i tylko do mnie.
------------------------------------------------------------------
Mąż mojej koleżanki powiedział, że jak dostanę nagrodę za ta tzw. postawę obywatelską, to one ( czyli jego żona i jej koleżanka) też będą chciały), ale zadzwonić nie miały odwagi.
Dla mnie najbardziej wartościową nagrodą byłoby, gdybym wiedziała, że Bruno znajdzie w domu miłość i właściwą opiekę.
W środę w końcu przestał padać deszcz. Po południu tłumy dzieci spragnione słonecznej pogody wyległy na podwórko.
Jeździłam trochę koło bloku, ale wyprawiali takie wariactwa i tak plątali się pod nogami, że udałam się w swoje miejsce odosobnienia, zresztą najlepsze pod względem równości ułożonej kostki.
W oddali zauważyłam moją koleżankę z córką, ale pomachałam im tylko i pojechałam dalej.
Gdy wracałam, jeszcze stały, więc podjechałam do nich.
Stał z nimi 5 letni chłopiec. Dowiedziałam się od Agnieszki, że on mówi, że się zgubił i trudno się z nim dogadać, bo nie potrafi udzielić podstawowych informacji o sobie. Powiedziała mi, że wisiał na łańcuchach przy skrzyżowaniu pół godziny i oglądał rozbity samochód ( niegroźna stłuczka, tylko przód jednego samochodu stał się podobny do rekina). Podeszła o niego ze swoją znajomą, ale chciał uciekać, na szczęście go zatrzymały.
Stoją nad nim i myślą, co teraz- no " CHYBA trzeba zadzwonić na policję?".
Postanowiłam pogadać jeszcze nim ja, bo tak sobie pomyślałam, że może jednak obędzie się bez panów w mundurach i rodzicom tłumaczenia się, bo nieraz to rożnie bywa. Nie tak dawno P. biegał z Alem po osiedlu i szukał Phila, a ten siedział ze mną w domu i wcinał naleśnika. Na moje pytanie :" Gdzie są tata i Al?"odpowiedział, że już idą. Uznałam, że P. wie, że on przybiegł do domu, ale się pomyliłam.
Ze względu na pedagogiczne wykształcenie przerzucony został problem na mnie.Podjęłam więc próbę:
- Cześć. Mam na imię Dorota.
Podał mi rękę, ale nic.
- Jak Ty masz na imię? - pytam
- Bruno- odpowiedział.
- Wiesz gdzie mieszkasz?
- Na ..... skiego 6.
- Długo już tak chodzisz sam?
- Długo
- Jesteś głodny, chce Ci się pić?
- Tak
Dałam mu swój napój, koleżanka wysłała córkę po rogaliki.
- Wiesz co- mówię do niego- ja zadzwonię teraz do takiego pana, który pomoże nam znaleźć Twoja mamę.
- Dobrze- powiedział.
Zadzwoniłam więc pod numer alarmowy policji, bo żadnego innego nie znam. Po krótkiej chwili zgłosił się dyżurny. Przestawiłam się, powiedziałam w jakiej sprawie dzwonię. Poprosił, żebym opisała dziecko, wiec podałam szczegóły rysopisu. Poprosił następnie, żebym przytrzymała dziecko, bo oni już mają zgłoszenie o zaginięciu i zaraz wyśle radiowóz.
- Mam dla Ciebie dobre informacje, Bruno. Mama i tata już Cię szukają.
Kiwnął głową bez entuzjazmu.
- Zaraz przyjadą tutaj panowie, którzy zabiorą Cię do domu.
Znowu kiwnął głową, ale radość nie malowała mu się na twarzy.
Po 5 minutach przyjechali. Spisali moje dane, posadzili chłopca w samochodzie, podziękowali za dobrą obywatelska postawę.
Bruno siedział trochę przestraszony, ale policjanci uspokajali go mówiąc , że zaraz zawiozą go do domu.
- Ale masz fajnie Bruno- mówię. Będziesz jechał takim super samochodem, też bym chciała.
Trochę się uśmiechnął.
- Twoja mama już czeka na Ciebie.
- Tak- policjant wyraził sceptycyzm w tonie głosu i uśmiechu. Mamie to pewnie powiedzą, że się zgubił. Gdyby nie inni ludzie , to może jutro by się kapnęła, że go nie ma.
Na szczęście powiedział to cicho i tylko do mnie.
------------------------------------------------------------------
Mąż mojej koleżanki powiedział, że jak dostanę nagrodę za ta tzw. postawę obywatelską, to one ( czyli jego żona i jej koleżanka) też będą chciały), ale zadzwonić nie miały odwagi.
Dla mnie najbardziej wartościową nagrodą byłoby, gdybym wiedziała, że Bruno znajdzie w domu miłość i właściwą opiekę.
W jednej z odpowiedzi na komentarz
Marka napisałam, że widzimy to, co chcemy zobaczyć, słyszymy to, co
chcemy usłyszeć i oceniamy ludzi według własnej miary. Marek również
postawił tezę, że rodzeństwo, które wychowało się osobno nie łączy
bratnia bądź siostrzana więź. Mój post będzie poniekąd odpowiedzią na
twierdzenia wyżej wymienionej osoby.
Nie wiem czy wszyscy czytający mają świadomość tego, że wypowiadane do kogoś przez nas frazy mogą być zrozumiane niezgodnie z nasza intencją, mało tego otrzymując jakiś komunikat nasz mózg go we właściwy dla nas sposób interpretuje, dochodzi o tego przekaz niewerbalny, który trafia do nas najmocniej (aż ok. 70 %). Zakładam jednak, że osoby chcące poświęcić moim przemyśleniom swój czas, to wiedzą, gdyż nie chciałabym przynudzać psychologicznymi teoriami z tego zakresu ( jak zwykle zainteresowanych odsyłam do literatury).
Pomijając jednak to, wszyscy będący w związkach damsko- męskich ( w innych oczywiście też, co pominę, bo poprawna politycznie nie jestem)zauważyli nieraz, że ich słowa nie zostały zrozumiane, albo przyniosły niezamierzony skutek. Takie typowe " ja o gruszkach, a on o karabinach". Kobiety mają w tym względzie wręcz niesamowity talent ( wiem, bo sama nią w końcu jestem). najczęściej ich umysł tworzy nadinterpretacje komunikatów i czasami to wystarczy, by wywołać piekło. Prosty przykład:
- Wiesz, chciałbym wyjechać z kolegami w weekend w góry- mówi on.
- To szkoda. Myślałam, że spędzimy go razem. Musisz jechać?- pyta ona.
- Nie muszę, ale chciałbym- opowiada
- Tak, chcesz jechać, bo już mnie nie kochasz i wolisz czas spędzać z nim niż ze mną!!!
I oczywiście łzy, rozpacz i takie babskie sprawy.
- Ale ja nic takiego nie powiedziałem, nie mówiłem, że cie nie kocham- jeszcze on próbuje się bronić.
Dialog ten ( wybaczcie- konstruowałam na szybko) jest całkowicie fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń przypadkowe.
Wracając o poprzedniego wpisu i komentarza Marka, myślę, że gdybym miała taka sama percepcje świata i ludzi, jak żona mojej przyjaciółki brata, już dawno nie utrzymywałabym kontaktów z moją siostrą, a tym bardziej nie byłabym z P.
P. i Meg bowiem bardzo się lubią. Mało tego P. mówi, że ona mu się bardzo podoba. Bardzo często pyta czy Meg przyjedzie do nas, albo co u niej słychać. Odpowiadam zawsze zgodnie z prawdą, ale mówię, że numer telefonu ma i może zadzwonić. Czasami pisze P, do Meg smsy i nie widzę w tym nic niewłaściwego. Nieraz gdy przyjeżdża do nas, oglądamy razem filmy, P. wciska się w środek i przytula Meg i mnie. Jak się żegnają, to się ściskają i całują w policzka. Ostatnio Meg nawet powiedziała: P.: "Jesteś jednym mężczyzną, który mnie przytula". Już nawet nie wspomnę o innych tekstach P.
Ja nie widzę w tym nic złego, wiem, że to nie znaczy, co pewnie
99 % ludzi by się mogło wydawać ( zalecam zaprzestanie oglądania seriali brazylijskich, wenezuelskich i temu podobnych). Ja widzę w tym bardzo dobre relacje, które mnie cieszą, a poza tym posiadam elementarne poczucie humoru.
Pewnie też widzę i słyszę to, co chcę. Jestem przekonana jednak, że najbliższe mi osoby nie chciałby mojego cierpienia czy choćby niezadowolenia, tak ja bym nie chciała tego dla nich. Nie muszę więc ich ani kontrolować ani sprawdzać ich korespondencji ani być nieszczęśliwa z powodu ich bardzo dobrych relacji.
Nie wiem czy wszyscy czytający mają świadomość tego, że wypowiadane do kogoś przez nas frazy mogą być zrozumiane niezgodnie z nasza intencją, mało tego otrzymując jakiś komunikat nasz mózg go we właściwy dla nas sposób interpretuje, dochodzi o tego przekaz niewerbalny, który trafia do nas najmocniej (aż ok. 70 %). Zakładam jednak, że osoby chcące poświęcić moim przemyśleniom swój czas, to wiedzą, gdyż nie chciałabym przynudzać psychologicznymi teoriami z tego zakresu ( jak zwykle zainteresowanych odsyłam do literatury).
Pomijając jednak to, wszyscy będący w związkach damsko- męskich ( w innych oczywiście też, co pominę, bo poprawna politycznie nie jestem)zauważyli nieraz, że ich słowa nie zostały zrozumiane, albo przyniosły niezamierzony skutek. Takie typowe " ja o gruszkach, a on o karabinach". Kobiety mają w tym względzie wręcz niesamowity talent ( wiem, bo sama nią w końcu jestem). najczęściej ich umysł tworzy nadinterpretacje komunikatów i czasami to wystarczy, by wywołać piekło. Prosty przykład:
- Wiesz, chciałbym wyjechać z kolegami w weekend w góry- mówi on.
- To szkoda. Myślałam, że spędzimy go razem. Musisz jechać?- pyta ona.
- Nie muszę, ale chciałbym- opowiada
- Tak, chcesz jechać, bo już mnie nie kochasz i wolisz czas spędzać z nim niż ze mną!!!
I oczywiście łzy, rozpacz i takie babskie sprawy.
- Ale ja nic takiego nie powiedziałem, nie mówiłem, że cie nie kocham- jeszcze on próbuje się bronić.
Dialog ten ( wybaczcie- konstruowałam na szybko) jest całkowicie fikcyjny. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń przypadkowe.
Wracając o poprzedniego wpisu i komentarza Marka, myślę, że gdybym miała taka sama percepcje świata i ludzi, jak żona mojej przyjaciółki brata, już dawno nie utrzymywałabym kontaktów z moją siostrą, a tym bardziej nie byłabym z P.
P. i Meg bowiem bardzo się lubią. Mało tego P. mówi, że ona mu się bardzo podoba. Bardzo często pyta czy Meg przyjedzie do nas, albo co u niej słychać. Odpowiadam zawsze zgodnie z prawdą, ale mówię, że numer telefonu ma i może zadzwonić. Czasami pisze P, do Meg smsy i nie widzę w tym nic niewłaściwego. Nieraz gdy przyjeżdża do nas, oglądamy razem filmy, P. wciska się w środek i przytula Meg i mnie. Jak się żegnają, to się ściskają i całują w policzka. Ostatnio Meg nawet powiedziała: P.: "Jesteś jednym mężczyzną, który mnie przytula". Już nawet nie wspomnę o innych tekstach P.
Ja nie widzę w tym nic złego, wiem, że to nie znaczy, co pewnie
99 % ludzi by się mogło wydawać ( zalecam zaprzestanie oglądania seriali brazylijskich, wenezuelskich i temu podobnych). Ja widzę w tym bardzo dobre relacje, które mnie cieszą, a poza tym posiadam elementarne poczucie humoru.
Pewnie też widzę i słyszę to, co chcę. Jestem przekonana jednak, że najbliższe mi osoby nie chciałby mojego cierpienia czy choćby niezadowolenia, tak ja bym nie chciała tego dla nich. Nie muszę więc ich ani kontrolować ani sprawdzać ich korespondencji ani być nieszczęśliwa z powodu ich bardzo dobrych relacji.
Pod moim postem " Spotkania cd" Loa zamieściła taki komentarz:
"Jak ja lubię historie, które dobrze się kończą. Nie przepadam za ckliwymi wyciskaczami łez, ale z Twojej opowieści wypływają prawdziwi ludzie i ich emocje. Po przeczytaniu nasunęła mi się myśl, jak trudno jest uwierzyć w szczere intencje drugiego człowieka w obecnym świecie. Łatwiej jest uwierzyć w zło niż w dobro...Ale najistotniejsze jest chyba to, aby zawsze lepiej wykorzystywać czas na ziemskim padole. Czasu się nie cofnie, ale można wpłynąć na to co jest teraz i częściowo, co zdarzy się jutro".
Jednak ta historia wcale dobrze się nie skończyła.
Życie postawiło nowa przeszkodę- zazdrość.
Naturalną i do przewidzenia rzeczą było , że skoro rodzeństwo się odnalazło po 30 kilku latach, to będą chcieli zacieśnić więzi. Od czasu do czasu spotykali się, dzwonili do siebie, rozmawiali za pomocą komunikatorów.
Okazywanie bratersko- siostrzanych uczuć i zainteresowania nie spodobało się żonie i się zaczęło.Sprawdzanie poczty , czytanie smsów,archiwum komunikatora, reakcja alergiczna na dzwonek telefonu i reakcja histeryczna na ich rozmowy telefoniczne.
Siostra nie chcąc się narażać, zaproponowała, aby to on dzwonił, jeśli będzie chciał, bo ona nie wie, kiedy żony nie będzie w pobliżu.
Z tego co wiem o nic innego nie chodziło, tylko o życzliwe relacje. Pojawiły się wyrzuty typu : bo ze mną takiej relacji nie masz, bo mnie nie przytulasz, bo mi nie opowiadasz o swoich uczuciach, bo chcesz intymności dla siebie i dla niej, bo nie chcesz, żebym czytała wasze rozmowy, e- maile, a do tej pory mogłam. W pewnym momencie posunęła się, moim zdaniem, do kompletnej niedorzeczności wysuwając tezę, że on ją zdradza z własna siostrą. Nie dało się wytłumaczyć. Skoro przytula własną siostrę i całuje ją w policzek, to jest to zdrada.
Pewnego dnia wpadł do niej na chwilkę tylko. Pogadali 15 minut i pojechał. Zadzwonił za pól godziny, bo zapominał zabrać dokumentów od samochodu. Gdy przyjechał po nie, powiedział, że jego żona stwierdziła, że specjalnie zapomniał, żeby znowu się z nią zobaczyć.Mało tego postawiła mu warunek: albo ja i dziecko, albo siostra.
Bardzo dobrze znam ta osobę, wiec wiem jak bardzo było jej przykro, jak trudno było jej się pogodzić ze stratą, bo po tych słowach wiedziała, że prawdopodobnie już nigdy się nie spotkają. Zadzwonił następnego dnia i nie powiedział niczego , czego nie mogła się spodziewać. Odpowiedziała, że w pełni szanuje jego decyzję i nie będzie zabiegała o kontakt.
Przegadałyśmy całe popołudnie i wieczór poszukując jakiś racjonalnych wniosków.
Stwierdziłam ( i zostało to zaakceptowane), że ona ( moja przyjaciółka) nie jest niczemu winna, to tylko efekt braku zaufania w ich związku. Ona tylko była iskrą, która ujawniła to, czego ich relacjom brakuje. Inaczej tego nazwać nie można, bo skoro jedna osoba chce mieć na życiem drugiej totalną kontrolę, to zaufać nie potrafi. Osobiście nie wyobrażam sobie tego, że P. ma hasło do mojej skrzynki, do porali społecznościowych, sprawdza mój telefon i vice versa.
-------------------------------------------------------------------
Dzisiaj rano zamykałam za P. drzwi, kiedy wychodził o pracy. Nacisnął przycisk przywołujący windę, czeka i mówi:
- Zamknij już te drzwi.
- Ale ja patrze na Twój zgrabny tyłek- odpowiadam.
- Ale ty miśku głupi jesteś- mówi.
- Sam jesteś głupi- odpowiedziałam, bo to najlepsza kontra.
"Jak ja lubię historie, które dobrze się kończą. Nie przepadam za ckliwymi wyciskaczami łez, ale z Twojej opowieści wypływają prawdziwi ludzie i ich emocje. Po przeczytaniu nasunęła mi się myśl, jak trudno jest uwierzyć w szczere intencje drugiego człowieka w obecnym świecie. Łatwiej jest uwierzyć w zło niż w dobro...Ale najistotniejsze jest chyba to, aby zawsze lepiej wykorzystywać czas na ziemskim padole. Czasu się nie cofnie, ale można wpłynąć na to co jest teraz i częściowo, co zdarzy się jutro".
Jednak ta historia wcale dobrze się nie skończyła.
Życie postawiło nowa przeszkodę- zazdrość.
Naturalną i do przewidzenia rzeczą było , że skoro rodzeństwo się odnalazło po 30 kilku latach, to będą chcieli zacieśnić więzi. Od czasu do czasu spotykali się, dzwonili do siebie, rozmawiali za pomocą komunikatorów.
Okazywanie bratersko- siostrzanych uczuć i zainteresowania nie spodobało się żonie i się zaczęło.Sprawdzanie poczty , czytanie smsów,archiwum komunikatora, reakcja alergiczna na dzwonek telefonu i reakcja histeryczna na ich rozmowy telefoniczne.
Siostra nie chcąc się narażać, zaproponowała, aby to on dzwonił, jeśli będzie chciał, bo ona nie wie, kiedy żony nie będzie w pobliżu.
Z tego co wiem o nic innego nie chodziło, tylko o życzliwe relacje. Pojawiły się wyrzuty typu : bo ze mną takiej relacji nie masz, bo mnie nie przytulasz, bo mi nie opowiadasz o swoich uczuciach, bo chcesz intymności dla siebie i dla niej, bo nie chcesz, żebym czytała wasze rozmowy, e- maile, a do tej pory mogłam. W pewnym momencie posunęła się, moim zdaniem, do kompletnej niedorzeczności wysuwając tezę, że on ją zdradza z własna siostrą. Nie dało się wytłumaczyć. Skoro przytula własną siostrę i całuje ją w policzek, to jest to zdrada.
Pewnego dnia wpadł do niej na chwilkę tylko. Pogadali 15 minut i pojechał. Zadzwonił za pól godziny, bo zapominał zabrać dokumentów od samochodu. Gdy przyjechał po nie, powiedział, że jego żona stwierdziła, że specjalnie zapomniał, żeby znowu się z nią zobaczyć.Mało tego postawiła mu warunek: albo ja i dziecko, albo siostra.
Bardzo dobrze znam ta osobę, wiec wiem jak bardzo było jej przykro, jak trudno było jej się pogodzić ze stratą, bo po tych słowach wiedziała, że prawdopodobnie już nigdy się nie spotkają. Zadzwonił następnego dnia i nie powiedział niczego , czego nie mogła się spodziewać. Odpowiedziała, że w pełni szanuje jego decyzję i nie będzie zabiegała o kontakt.
Przegadałyśmy całe popołudnie i wieczór poszukując jakiś racjonalnych wniosków.
Stwierdziłam ( i zostało to zaakceptowane), że ona ( moja przyjaciółka) nie jest niczemu winna, to tylko efekt braku zaufania w ich związku. Ona tylko była iskrą, która ujawniła to, czego ich relacjom brakuje. Inaczej tego nazwać nie można, bo skoro jedna osoba chce mieć na życiem drugiej totalną kontrolę, to zaufać nie potrafi. Osobiście nie wyobrażam sobie tego, że P. ma hasło do mojej skrzynki, do porali społecznościowych, sprawdza mój telefon i vice versa.
-------------------------------------------------------------------
Dzisiaj rano zamykałam za P. drzwi, kiedy wychodził o pracy. Nacisnął przycisk przywołujący windę, czeka i mówi:
- Zamknij już te drzwi.
- Ale ja patrze na Twój zgrabny tyłek- odpowiadam.
- Ale ty miśku głupi jesteś- mówi.
- Sam jesteś głupi- odpowiedziałam, bo to najlepsza kontra.
Miłość- to na co czekamy przez całe
życie, tego pragniemy dla siebie najbardziej, to staje się motorem
naszego życia, motywacją do podejmowania kolejnych wyzwań i działań.
Miłość
jest namiętnością i jest to teza niepodważenia ( oczywiście mogę się
mylić). Na temat tego uczucia, od momentu kiedy człowiek wynalazł sobie
pismo, papier i pióro, napisano tony woluminów próbując podać definicje,
opisać wieloaspektowość. Wszystko na próżno. Żadna książka nie poda nam
recepty. Wynika to zapewne z ludzkiego indywidualizmu, z tego że każda
jednostka ma swoją ideę oraz z subtelnych , mało zauważalnych różnic.
Mało
tego uważam,że literatura piękna może człowiekowi wyrządzić krzywdę.
Nie bez przyczyny Gustaw w " IV cz. Dziadów" krzyczy do Księdza: " Ty
mnie zabiłeś, Ty mnie nauczyłeś czytać". I ma racje.
W
ogóle ten romantyzm przyczynił się do wielu nieszczęść za sprawą
błędnego zrozumienia. W szkole wtłaczają nam jakieś mylne pojecie
miłości romantycznej, nie kładąc nacisku na to, że zawsze była to miłość
niespełniona i przyczyniała się do destrukcji bohatera.
Potem
zostaje nam poczucie niesprawiedliwości, niespełnienia i rozczarowania.
Ale przecież nie mogło być inaczej, bo miłość to nie to samo co stan
zakochania.
To
właśnie ten stan jest wszystkiemu winny. Zakochani , chodzimy
nieprzytomni ze szczęścia, obiekt zauroczenia przysłania nam świat, nie
widzimy jego wad, nie słyszymy zagrażających nam komunikatów, nie
widzimy niewłaściwego czy niestosownego zachowania. Wszystko jest po
prostu fantastyczne. Czekamy, tęsknimy, nakręcamy się, hormony bardzo
nam pomagają i nie potrafimy rozpoznać, co czym tak naprawdę jest.
Moje
niektóre koleżanki na studiach miały pomysł, żeby zamieszkać ze swoim
chłopakami. Ja nie widziałam w tym nic niestosownego, bo mam dość
liberalne poglądy, ale zawsze twierdziłam: " jeszcze zdążę się z nim
namieszać jak coś". Myliłam się w tym względzie na całej linii, to one
miały racje. Dlaczego? Odpowiem autentycznym przykładem. Pewnego dnia
syn pewnej kobiety ( wychowawczyni mojej siostry ze szkoły średniej)
przyszedł o domu i oznajmił, że on się żenić będzie. Matka zadała mu
pytanie: " Synu, czy musisz?" Opowiedział, że nie, ale oni tak bardzo
się kochają, że chcą być razem. A ona ( kurcze, mądra kobieta ) mówi, że
może lepiej by było, gdyby sobie najpierw pomieszkali razem bez ślubu,
bo to poważna decyzja. Teraz spotykają się raz - dwa razy na tydzień i
weekendy, to jest fajnie, ale to nie jest prawdziwe życie. Powiedziała
mu, że jeśli po roku będą nadal chcieli wziąć ślub, to ona nie będzie
miała nic przeciwko, bo w końcu są dorośli. Wszystko skończyło się po
pół roku. Pomieszkali sobie, poznali się, klapki z oczu spały, rozstali
się.
Bardzo
sobie cenię takie podejście rodziców, którzy nie zabraniają swoim
dzieciom żyć z powodu " co ludzie powiedzą". Uważam, że przyczyniają się
do szczęścia swoich dzieci. Niestety w większości przypadków jest
inaczej. To trucie, bo bez ślubu, jak to wygląda itd. Tylko nie wiem ,
gdzie jest napisane, że małżeństwo jest konieczne do szczęścia.
Przypadki , również mój, potwierdzają, że koniecznością to nie jest. I
tak jesteśmy przymuszani, wywierana jest na nas presja i wchodzimy w
coś, z czym później nie możemy sobie poradzić. Bo jak mamy sobie
poradzić w nowej, wcześniej nie spotkanej sytuacji? Chodzimy więc znowu
po omacku, szukając rozwiązań, bo nagle się okazało ( mniej więcej po
roku), że w zasadzie to on/ona jest inny/a niż przedtem, cholera znowu
nie ma dla mnie czasu, znowu zostawił skarpetki nie w tym miejscu co
powinien, znowu nie dotrzymał słowa, znowu jest zmęczony. Seks też już
stracił na atrakcyjności, bo hormony się uspokoiły, a zresztą to już
spowszechniało i nie ma tak się znowu do czego napalać. Jeszcze dołóżmy
pracę, wszystkie inne obowiązki, złe dni, zespół napięcia
przedmiesiączkowego i dramat gotowy i św. Walenty też mało pomoże. A
przecież można by tego wszystkiego uniknąć w bardzo prosty sposób.
Kiedyś
określając swój związek z P. powiedziałam, że "pieczemy chleb". Po
dwóch latach myślę, że mąkę przesialiśmy i zaczynamy wrabiać ciasto.
Jak mówi Loa " czas ciągły niedokonany".
--------------------------------------------------------------------------
Tak
właściwie to ja tu o rzeczach wielkich się rozpisuję, a proza życia
czeka. Jest 13.15, a ja w ciemnej d... jestem ze wszystkim.
Chciałabym
podziękować wszystkim odwiedzającym mojego bloga, bo zauważyłam, że
statystyka poszła w górę. Każda Wasza uwaga będzie dla mnie cenna.
Mój długi urlop spowodował, że coraz
częściej próbuje się przebić przez wypowiedzi rożnych ludzi, poznać
częściowo ich historie, choć nie jest takie proste. Nie robię tego z
niezdrowej ciekawości, bo nie mam ochoty w buciorach wchodzić w czyjeś
sprawy, raczej to ciekawość badacza.
Wnioski można z tego wszystkiego wysnuć przeróżne, jednak nie ulega wątpliwości, że w 90% ludzie piszą, bo chcą przedstawić jakoś swoja opowieść, niejednokrotnie bardzo dramatyczną.
Czasami zastanawiam się ,czy ktoś tym ludziom obiecywał, że będzie pięknie, bez problemów, bez bólu? Że uda się na tej wielkiej scenie odegrać miłość bez cierpienia, wychowanie dzieci bez buntu przeciw wartościom, bez własnych egzystencjalnych rozterek, słabości, łez?
Jestem w sanie zrozumieć wiele, ale nie wszystko.
Problemy nastolatek są wręcz śmieszne w swojej naiwności. Oczywiście że nie należny w żaden sposób tego ośmieszać,czy negatywnie komentować, bo nastolatkowie przezywają i pojmują rzeczywistość na swój sposób i nieraz mają poczucie, że rozstanie z chłopakiem, z którym " chodziło " się 2 tygodnie, jest życiową porażką.
Nie ulega wątpliwości, moim zdaniem, że w większości wypadków tragedia zaczyna się w momencie, gdy bliscy ludzie nie chcą ogrywać jakieś przeznaczonej roli w naszym przedstawieniu. Z bólem przychodzi się pogodzić, że nasza bajka nie jest ich bajką. Oczywiście są i tacy, którzy nie przyjmą nigdy tego do wiadomości.
Odnosząc się w swoich myślach do tych opowieści powtarzam często i coraz częściej słowa cioci mojej koleżanki Kasi- " Nie takie świat dramaty zna". W pierwszym momencie taki tekst buzi złość, bo co mnie obchodzą inni, jak mi w tym momencie jest źle, jak mnie właśnie teraz spotyka nieszczęście. Po chwili zdanie zyskuje jednak na swojej wartości.
Zapewne niejednokrotnie nasze problemy wydałby się raczej błahe i niedorzeczne, gdybyśmy tylko wysili się spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa.
Ostatnio czytałam o rozpaczy matki, której córka odeszła. Z tego co udało mi się odczytać, problem z tym, że odeszła i mieszka sobie z jakimś dużo starszym od siebie mężczyzną. Odrzuciła wpajane rodzinne wartości, dokonała wyboru niezgodnego z przekonaniami rodziny. Tylko dlaczego nie pozwolić jej żyć tak jak chce, z uświadomieniem, że to ona poniesie konsekwencje swoich poczynań i wyborów zgodnie z zasadą " nie uważałeś/aś jak robisz, rób jak uważasz" . Chyba można cieszyć się z tego, że jest zdrowa, szczęśliwa, że nie umiera powoli na jakąś paskudną chorobę i ani ona sama ani nikt nie potrafi pomóc. Co mają zrobić matki, które zobaczą swoje dzieci w trumnach, bo jakiemuś szaleńcowi uroiło się w chorym mózgu, że będzie bronił Norwegię i Europę przed marksizmem kulturowym i islamem i strzelał do nich jak do kaczek?
Płacze nierozhisteryzowanych 20 letnich kobiet w stylu " bo mąż mnie już nie przytula, bo nie mówi mi codziennie, że mnie kocha, bo powiedział mi jakieś przykre słowo, bo jak kładzie się spać, to odwraca się do mnie plecami. Przepraszam, ale takie głupoty mnie nie przekonują, to nie są problemy, oczywiście dla mnie, choć w ich mniemaniu świat na łeb się wali z takiego powodu. Co mają powiedzieć ludzie, którzy nigdy przez nikogo nie zostaną przytuleni, bo np. w wyniku jakieś niedoskonałości nikt się nimi nie zainteresuje? Nawet nie będą mieli szansy, aby stworzyć własną rodzinę? Jeśli znacie odpowiedzi na te pytania, proszę się ze mną podzielić, bo sprawia mi to trudność.
Na koniec historia , która w pierwszym momencie budziła grozę, ale okazało się, ze aż tak źle nie jest.
Z koleżankami pracy pojechałam na 3 dniową wycieczkę. Drugi dzień wycieczki przewidywał wyjazd do Pragi. Pojechałyśmy, pozwiedzałyśmy, zrobiłyśmy procentowe zakupy u sąsiadów, bo tanio. Wracałyśmy późnym wieczorem, była jesień, padał deszcz, wiał zimny przeszywający wiatr. Zjeżdżaliśmy serpentyną pod Harrachovem, gdy nagle silnik autokaru zgasł. Kierowca odbijał samochód od barierek na stoku, za nimi była już tylko przepaść.W autokarze i na zewnątrz ciemno, nie widać, gdzie się toczymy. W końcu zadziałały hamulce awaryjne. Otworzyły się drzwi, musieliśmy ewakuować się dość szybko i sprawnie. Samochód znajdował się zaraz za zakrętem. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zza zakrętu wypał rozpędzony tir, a prawdopodobieństwo było duże, bo tuz przed przejściem granicznym. Wysiedliśmy, kierowca zjechał nieco dalej i zatrzymał auto w zatoczce. Gdy emocje opadły, temat i zagrażania wszystkie możliwe zostały obgadane, zaczęliśmy odczuwać zimno. Staliśmy jak sieroty i tupaliśmy dla rozgrzewki, uskarżając się, że zaraz zachorujemy na to albo na tamto. W końcu koleżanka wygłosiła przemowę : " Słuchajcie nie jest z nami tak źle. Przypomnijcie sobie jak żołnierze wojsk napoleońskich szli na Rosję. Tam to dopiero był mróz, pewnie z minus 30, nie mieli co jeść i zero perspektywy na zmianę sytuacji, albo ludzie w obozach koncentracyjnych. My to mamy tutaj luksusy na dobrą sprawę, mamy alkohol możemy się rozgrzać, D ( czyli ja) ma całe 2 pudełka czekolady Studenckiej, nic w zasadzie już nam nie grozi, to po co narzekać?. Lepiej sobie coś zaśpiewajmy. Miała racje, przecież mogliśmy stracić życie, a teraz stękamy, że musimy poczekać na transport godzinę w zimnie.
Wnioski można z tego wszystkiego wysnuć przeróżne, jednak nie ulega wątpliwości, że w 90% ludzie piszą, bo chcą przedstawić jakoś swoja opowieść, niejednokrotnie bardzo dramatyczną.
Czasami zastanawiam się ,czy ktoś tym ludziom obiecywał, że będzie pięknie, bez problemów, bez bólu? Że uda się na tej wielkiej scenie odegrać miłość bez cierpienia, wychowanie dzieci bez buntu przeciw wartościom, bez własnych egzystencjalnych rozterek, słabości, łez?
Jestem w sanie zrozumieć wiele, ale nie wszystko.
Problemy nastolatek są wręcz śmieszne w swojej naiwności. Oczywiście że nie należny w żaden sposób tego ośmieszać,czy negatywnie komentować, bo nastolatkowie przezywają i pojmują rzeczywistość na swój sposób i nieraz mają poczucie, że rozstanie z chłopakiem, z którym " chodziło " się 2 tygodnie, jest życiową porażką.
Nie ulega wątpliwości, moim zdaniem, że w większości wypadków tragedia zaczyna się w momencie, gdy bliscy ludzie nie chcą ogrywać jakieś przeznaczonej roli w naszym przedstawieniu. Z bólem przychodzi się pogodzić, że nasza bajka nie jest ich bajką. Oczywiście są i tacy, którzy nie przyjmą nigdy tego do wiadomości.
Odnosząc się w swoich myślach do tych opowieści powtarzam często i coraz częściej słowa cioci mojej koleżanki Kasi- " Nie takie świat dramaty zna". W pierwszym momencie taki tekst buzi złość, bo co mnie obchodzą inni, jak mi w tym momencie jest źle, jak mnie właśnie teraz spotyka nieszczęście. Po chwili zdanie zyskuje jednak na swojej wartości.
Zapewne niejednokrotnie nasze problemy wydałby się raczej błahe i niedorzeczne, gdybyśmy tylko wysili się spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa.
Ostatnio czytałam o rozpaczy matki, której córka odeszła. Z tego co udało mi się odczytać, problem z tym, że odeszła i mieszka sobie z jakimś dużo starszym od siebie mężczyzną. Odrzuciła wpajane rodzinne wartości, dokonała wyboru niezgodnego z przekonaniami rodziny. Tylko dlaczego nie pozwolić jej żyć tak jak chce, z uświadomieniem, że to ona poniesie konsekwencje swoich poczynań i wyborów zgodnie z zasadą " nie uważałeś/aś jak robisz, rób jak uważasz" . Chyba można cieszyć się z tego, że jest zdrowa, szczęśliwa, że nie umiera powoli na jakąś paskudną chorobę i ani ona sama ani nikt nie potrafi pomóc. Co mają zrobić matki, które zobaczą swoje dzieci w trumnach, bo jakiemuś szaleńcowi uroiło się w chorym mózgu, że będzie bronił Norwegię i Europę przed marksizmem kulturowym i islamem i strzelał do nich jak do kaczek?
Płacze nierozhisteryzowanych 20 letnich kobiet w stylu " bo mąż mnie już nie przytula, bo nie mówi mi codziennie, że mnie kocha, bo powiedział mi jakieś przykre słowo, bo jak kładzie się spać, to odwraca się do mnie plecami. Przepraszam, ale takie głupoty mnie nie przekonują, to nie są problemy, oczywiście dla mnie, choć w ich mniemaniu świat na łeb się wali z takiego powodu. Co mają powiedzieć ludzie, którzy nigdy przez nikogo nie zostaną przytuleni, bo np. w wyniku jakieś niedoskonałości nikt się nimi nie zainteresuje? Nawet nie będą mieli szansy, aby stworzyć własną rodzinę? Jeśli znacie odpowiedzi na te pytania, proszę się ze mną podzielić, bo sprawia mi to trudność.
Na koniec historia , która w pierwszym momencie budziła grozę, ale okazało się, ze aż tak źle nie jest.
Z koleżankami pracy pojechałam na 3 dniową wycieczkę. Drugi dzień wycieczki przewidywał wyjazd do Pragi. Pojechałyśmy, pozwiedzałyśmy, zrobiłyśmy procentowe zakupy u sąsiadów, bo tanio. Wracałyśmy późnym wieczorem, była jesień, padał deszcz, wiał zimny przeszywający wiatr. Zjeżdżaliśmy serpentyną pod Harrachovem, gdy nagle silnik autokaru zgasł. Kierowca odbijał samochód od barierek na stoku, za nimi była już tylko przepaść.W autokarze i na zewnątrz ciemno, nie widać, gdzie się toczymy. W końcu zadziałały hamulce awaryjne. Otworzyły się drzwi, musieliśmy ewakuować się dość szybko i sprawnie. Samochód znajdował się zaraz za zakrętem. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zza zakrętu wypał rozpędzony tir, a prawdopodobieństwo było duże, bo tuz przed przejściem granicznym. Wysiedliśmy, kierowca zjechał nieco dalej i zatrzymał auto w zatoczce. Gdy emocje opadły, temat i zagrażania wszystkie możliwe zostały obgadane, zaczęliśmy odczuwać zimno. Staliśmy jak sieroty i tupaliśmy dla rozgrzewki, uskarżając się, że zaraz zachorujemy na to albo na tamto. W końcu koleżanka wygłosiła przemowę : " Słuchajcie nie jest z nami tak źle. Przypomnijcie sobie jak żołnierze wojsk napoleońskich szli na Rosję. Tam to dopiero był mróz, pewnie z minus 30, nie mieli co jeść i zero perspektywy na zmianę sytuacji, albo ludzie w obozach koncentracyjnych. My to mamy tutaj luksusy na dobrą sprawę, mamy alkohol możemy się rozgrzać, D ( czyli ja) ma całe 2 pudełka czekolady Studenckiej, nic w zasadzie już nam nie grozi, to po co narzekać?. Lepiej sobie coś zaśpiewajmy. Miała racje, przecież mogliśmy stracić życie, a teraz stękamy, że musimy poczekać na transport godzinę w zimnie.
Drodzy czytelnicy!
Dziś pierwsza odsłona opowieści. Będą one pojawiać się cyklicznie w zależności od ilości moich spostrzeżeń i przeprowadzonych obserwacji.
Od prawie 2 miesięcy oddaje się bardzo przyjemnemu zajęciu najczęściej wieczorami. Zakładam rolki , ochraniacze i jeżdżę sobie, 2-3 godziny w zależności o pogody i stopnia mojego chciejstwa.
Skate park jest blisko, ale tam nie mam odwagi jechać, bo zresztą z czym o ludzi. Tam śmigają raczej bardziej zaawansowani, a ja cóż do przodu owszem daję radę, zakręcę w jedną i drugą stronę, ale już jazda o tylu albo przeplotka, nie wspominając o skakaniu, chyba nie dla mnie. Z tego względu jeżdżę sobie po osiedlu, nie będąc tym samym dla nikogo zawalidrogą. Czasami przysiądę na jakiejś ławce, żeby odpocząć, napić się czegoś. W tym czasie można wiele zauważyć, wiele osób poznać, pogadać. Najczęściej jednak staram się " okiem socjologa" patrzeć na to, co mnie otacza.
Obserwacja 1.
Dzieci bardzo chętnie nawiązują kontakt. Najczęściej są to dzieci, które też jeżdżą. W pierwszym dniu poznałam 2 koleżanki Ala. Zaczęły opowiadać o różnych rzeczach, pokazywały żółwia, ścigały się ze mną. Oczywiście wygrywały, bo ja jeszcze nie miałam dość odwagi i bałam się, że stracę uzębienie. Dzisiaj już nie było by im tak łatwo.
Niektóre dzieci są nazbyt śmiałe. Zwłaszcza w swoich ocenach.
Jadę sobie , a tu jakiś 12 latek, do mnie z tekstem
- Powinna się pani odchudzić.
Zatrzymałam się koło tej ławki, szybko oceniłam sytuację i wywiązała się dyskusja:
- Przyganiaj kocioł garnkowi - mówię do niego. Popatrz na siebie, bo widzę, że masz znaczna otyłość, te zwały tłuszczu na brzuchu mówią same za siebie.
- Chłopak może być trochę grubszy, ale dziewczyna nie- odpowiada mi.
- Skąd takie przekonanie u Ciebie ?- pytam.
- Bo, bo, bo....- stęka coś.
-Bo widzę, że Ci argumentów już brakło, to po co zaczynasz? - pytam.
- Bo grubszy chłopak to dziewczynę znajdzie, a na odwrót nie- w końcu wydukał swój mało logiczny wniosek.
- Zgadza się- mówię. Tylko że jak będziesz gruby , a dużo do otyłości w znacznym stopniu, ci nie brakuje, to żadna ogarnięta nie będzie cie chciała. Same pasztety Ci zostaną.
Już nie powiedział nic.
Od razu chcę powiedzieć, że nie bardzo mnie w ludziach interesuje to, czy są szczupli czy nie. To jest nieistotne dla mnie i nie ma żadnego znaczenia w moich relacjach z ludźmi, leży poza moją oceną. Ale z drugiej strony nie pozwolę sobie, żeby 12 latek czynił uwagi co do mojego tyłka- koneser się znalazł buhahaha, zwłaszcza, że sam zero krytycyzmu w stosunku do siebie. Że nie mam idealnej sylwetki to ja wiem sama, mam 2 duże lustra w domu i nie mam kłopotów ze wzrokiem póki co. Widzę cellulitis na udach, rozstępy w tali i jeną brzuszna oponkę. Ale można z tym żyć
.
Obserwacja 2.
Dorośli zachowują się jak idioci. Jeżdżę kolo placu zabaw i po chodniku obok. Siła rzeczy przychodzą tam matki z małymi dziećmi, ojcowie zresztą też. Ale to matki rozwalają mi totalnie wątrobę .
Po pierwsze sposób mówienia o dzieci i zachowanie w stosunku do nich. Nie wiem czy do małych dzieci trzeba koniecznie wszystko zdrabniać, celowo infantylnie się zachowywać, piszczeć, wydawać jakieś bez sensu dźwięki, nie zrozumiale dla nikogo. Skakać, machać rękami . Wydaje mi się, że można normalnie się zachowywać, mówić i dziecko zrozumie, ale nie te robią z siebie pośmiewisko. Trudno jest oddać w słowach , to co robią, ale proponuje zaobserwować przy okazji.
Po drugie. Nie rób tego, nie wchodź, nie dotykaj, nie ubrudź się. I stale uwagi. Dziecko wyszło się pobawić, poszaleć i nagle okazuje się , że niczego nie wolno. Kur... mać, to po co tu przyszedł czy przyszła. Ja rozumiem, że małe dzieci trzeba pilnować, mieć oczy naokoło, bo nie zdają sobie sprawy z zagrożeń, ale żeby tak wiecznie strofować 5-6 latków, chyba przesada.
Po trzecie. Nieustające rozmowy o dzieciach. Tematów innych nie ma. Tylko co jadło, ile razy się zesrało, czy rzygało, jakiego koloru miało kupę, jakie mleko je, co pije i tak w kółko. Ludzie , ileż można!!!!!
Po czwarte. Nieustająca nuda. Siedzi kobitka na ławce 3- 4 godziny i szturcha wózek. Nie ma książki, gazety, no chociażby krzyżówki, nic siedzi i kolebie tak ten wózek bez sensu. Dziecko śpi, nie płacze, a ona i tak swoje. Okrywa tylko to dziecko non stop czymś, dziecko choć bardzo małe, wie lepiej i nogami zrzuca to z siebie,bo gorąco, ale nie ona wie lepiej. Dobrze że w temperaturze 27 stopni na plusie nie zamarzło, bo chyba ona się najbardziej tego bała.
Myślę, że to ojcowie, powinni wychodzić z dziećmi na podwórko. Z tego co zaobserwowałam zachowują się całkiem normalnie. Przede wszystkim nagle nie przestawiają swojego umysłu do poziomu niemowlęctwa czy wczesnego dzieciństwa. Nie znaczy to, że się dziećmi źle zajmują. Widziałam jak karmią, zmieniają pieluchy, zabawiają te najmniejsze,trzymają żeby nie spadły z drabinek, pomagają się wspinać.
Wszystko jest jednak w normie, nie pytają co 2 minuty ;" Chce ci się piciu?" Dziecko samo przyjdzie i powie co chce, a jak nie umie jeszcze ,to pokaże. Jestem zdania, że takie dzieci, mają większe szanse na naukę funkcjonowania w świecie.
Dzieci się bawią, a ci gadają o samochodach, jakiś gadżetach. A co najważniejsze, nawet jak nie maja kumpla o rozmowy, to zawsze coś ze sobą mają, najczęściej gazety, niestety u kobiet to rzadkość.
Czas na wnioski.
1) Dzieci nie należny zbytnio zachęcać do wyrażania krytycznych uwag w stosunku do innych, póki nie nabiorą ogłady i nie nauczą równie krytycznie patrzeć na siebie, bo to nie jest asertywność tylko bezczelność.
2) Faceci też dają radę, jeśli chodzi o opiekę na dzieckiem i jego wychowanie, więc należałoby im pozwolić , częściej niż zwykle.
3)Dzieci nawet bardzo małe czują i słyszą, ze traktuje się je w jakiś niedorzeczny sposób. Skoro z innymi rozmawiamy w sposób normalny, to i w normalny sposób mówmy do dzieci. Będą zdrowsze.
I jeszcze jedna prośba.
Drogie czytające mamy, proszę nie rzucać się na mnie z pazurami od razu - wszystkie krytyczne i przemyślane uwagi przyjmę z godnością.
Dziś pierwsza odsłona opowieści. Będą one pojawiać się cyklicznie w zależności od ilości moich spostrzeżeń i przeprowadzonych obserwacji.
Od prawie 2 miesięcy oddaje się bardzo przyjemnemu zajęciu najczęściej wieczorami. Zakładam rolki , ochraniacze i jeżdżę sobie, 2-3 godziny w zależności o pogody i stopnia mojego chciejstwa.
Skate park jest blisko, ale tam nie mam odwagi jechać, bo zresztą z czym o ludzi. Tam śmigają raczej bardziej zaawansowani, a ja cóż do przodu owszem daję radę, zakręcę w jedną i drugą stronę, ale już jazda o tylu albo przeplotka, nie wspominając o skakaniu, chyba nie dla mnie. Z tego względu jeżdżę sobie po osiedlu, nie będąc tym samym dla nikogo zawalidrogą. Czasami przysiądę na jakiejś ławce, żeby odpocząć, napić się czegoś. W tym czasie można wiele zauważyć, wiele osób poznać, pogadać. Najczęściej jednak staram się " okiem socjologa" patrzeć na to, co mnie otacza.
Obserwacja 1.
Dzieci bardzo chętnie nawiązują kontakt. Najczęściej są to dzieci, które też jeżdżą. W pierwszym dniu poznałam 2 koleżanki Ala. Zaczęły opowiadać o różnych rzeczach, pokazywały żółwia, ścigały się ze mną. Oczywiście wygrywały, bo ja jeszcze nie miałam dość odwagi i bałam się, że stracę uzębienie. Dzisiaj już nie było by im tak łatwo.
Niektóre dzieci są nazbyt śmiałe. Zwłaszcza w swoich ocenach.
Jadę sobie , a tu jakiś 12 latek, do mnie z tekstem
- Powinna się pani odchudzić.
Zatrzymałam się koło tej ławki, szybko oceniłam sytuację i wywiązała się dyskusja:
- Przyganiaj kocioł garnkowi - mówię do niego. Popatrz na siebie, bo widzę, że masz znaczna otyłość, te zwały tłuszczu na brzuchu mówią same za siebie.
- Chłopak może być trochę grubszy, ale dziewczyna nie- odpowiada mi.
- Skąd takie przekonanie u Ciebie ?- pytam.
- Bo, bo, bo....- stęka coś.
-Bo widzę, że Ci argumentów już brakło, to po co zaczynasz? - pytam.
- Bo grubszy chłopak to dziewczynę znajdzie, a na odwrót nie- w końcu wydukał swój mało logiczny wniosek.
- Zgadza się- mówię. Tylko że jak będziesz gruby , a dużo do otyłości w znacznym stopniu, ci nie brakuje, to żadna ogarnięta nie będzie cie chciała. Same pasztety Ci zostaną.
Już nie powiedział nic.
Od razu chcę powiedzieć, że nie bardzo mnie w ludziach interesuje to, czy są szczupli czy nie. To jest nieistotne dla mnie i nie ma żadnego znaczenia w moich relacjach z ludźmi, leży poza moją oceną. Ale z drugiej strony nie pozwolę sobie, żeby 12 latek czynił uwagi co do mojego tyłka- koneser się znalazł buhahaha, zwłaszcza, że sam zero krytycyzmu w stosunku do siebie. Że nie mam idealnej sylwetki to ja wiem sama, mam 2 duże lustra w domu i nie mam kłopotów ze wzrokiem póki co. Widzę cellulitis na udach, rozstępy w tali i jeną brzuszna oponkę. Ale można z tym żyć
Obserwacja 2.
Dorośli zachowują się jak idioci. Jeżdżę kolo placu zabaw i po chodniku obok. Siła rzeczy przychodzą tam matki z małymi dziećmi, ojcowie zresztą też. Ale to matki rozwalają mi totalnie wątrobę .
Po pierwsze sposób mówienia o dzieci i zachowanie w stosunku do nich. Nie wiem czy do małych dzieci trzeba koniecznie wszystko zdrabniać, celowo infantylnie się zachowywać, piszczeć, wydawać jakieś bez sensu dźwięki, nie zrozumiale dla nikogo. Skakać, machać rękami . Wydaje mi się, że można normalnie się zachowywać, mówić i dziecko zrozumie, ale nie te robią z siebie pośmiewisko. Trudno jest oddać w słowach , to co robią, ale proponuje zaobserwować przy okazji.
Po drugie. Nie rób tego, nie wchodź, nie dotykaj, nie ubrudź się. I stale uwagi. Dziecko wyszło się pobawić, poszaleć i nagle okazuje się , że niczego nie wolno. Kur... mać, to po co tu przyszedł czy przyszła. Ja rozumiem, że małe dzieci trzeba pilnować, mieć oczy naokoło, bo nie zdają sobie sprawy z zagrożeń, ale żeby tak wiecznie strofować 5-6 latków, chyba przesada.
Po trzecie. Nieustające rozmowy o dzieciach. Tematów innych nie ma. Tylko co jadło, ile razy się zesrało, czy rzygało, jakiego koloru miało kupę, jakie mleko je, co pije i tak w kółko. Ludzie , ileż można!!!!!
Po czwarte. Nieustająca nuda. Siedzi kobitka na ławce 3- 4 godziny i szturcha wózek. Nie ma książki, gazety, no chociażby krzyżówki, nic siedzi i kolebie tak ten wózek bez sensu. Dziecko śpi, nie płacze, a ona i tak swoje. Okrywa tylko to dziecko non stop czymś, dziecko choć bardzo małe, wie lepiej i nogami zrzuca to z siebie,bo gorąco, ale nie ona wie lepiej. Dobrze że w temperaturze 27 stopni na plusie nie zamarzło, bo chyba ona się najbardziej tego bała.
Myślę, że to ojcowie, powinni wychodzić z dziećmi na podwórko. Z tego co zaobserwowałam zachowują się całkiem normalnie. Przede wszystkim nagle nie przestawiają swojego umysłu do poziomu niemowlęctwa czy wczesnego dzieciństwa. Nie znaczy to, że się dziećmi źle zajmują. Widziałam jak karmią, zmieniają pieluchy, zabawiają te najmniejsze,trzymają żeby nie spadły z drabinek, pomagają się wspinać.
Wszystko jest jednak w normie, nie pytają co 2 minuty ;" Chce ci się piciu?" Dziecko samo przyjdzie i powie co chce, a jak nie umie jeszcze ,to pokaże. Jestem zdania, że takie dzieci, mają większe szanse na naukę funkcjonowania w świecie.
Dzieci się bawią, a ci gadają o samochodach, jakiś gadżetach. A co najważniejsze, nawet jak nie maja kumpla o rozmowy, to zawsze coś ze sobą mają, najczęściej gazety, niestety u kobiet to rzadkość.
Czas na wnioski.
1) Dzieci nie należny zbytnio zachęcać do wyrażania krytycznych uwag w stosunku do innych, póki nie nabiorą ogłady i nie nauczą równie krytycznie patrzeć na siebie, bo to nie jest asertywność tylko bezczelność.
2) Faceci też dają radę, jeśli chodzi o opiekę na dzieckiem i jego wychowanie, więc należałoby im pozwolić , częściej niż zwykle.
3)Dzieci nawet bardzo małe czują i słyszą, ze traktuje się je w jakiś niedorzeczny sposób. Skoro z innymi rozmawiamy w sposób normalny, to i w normalny sposób mówmy do dzieci. Będą zdrowsze.
I jeszcze jedna prośba.
Drogie czytające mamy, proszę nie rzucać się na mnie z pazurami od razu - wszystkie krytyczne i przemyślane uwagi przyjmę z godnością.
W pewnych momentach nie potrafię się
denerwować. Zawsze kiedy moje plany biorą w łeb, bo siły wyższe
zadecydowały inaczej, przypominają mi się słowa pewnej psycholożki,
która kazała nam zawsze w takich sytuacjach poszukać dobrych stron.
Dzisiaj jest właśnie jeden z takich dni, wszystko idzie nie swoim przewidzianym torem.
Rano, będąc jeszcze mało przytomna, umyłam zęby szczoteczką P. Generalnie pomyślałam OJ SHIT! Z drugiej jednak strony, zawsze to jakiś sposób na uodpornienie systemu immunologicznego, jestem pewna, że ani nie zachoruje ani nie umrę.
Następnie przystąpiłam do sprzątania balkonu, bo gołębie, mówiąc cywilizowanym językiem, załatwiają non stop swoje fizjologiczne potrzeby. Zdrapałam wszystko szpachelką, zamiotłam, polałam cudownym płynem, aby się nie zamęczyć przy myciu i oczywiście zaczęło padać. No tak- pomyślałam, zawsze to trochę wody z kranu mniej, lepiej odmoknie, będzie łatwiej, nie ma o co się wkurzać, przyroda pomaga mi jak tylko potrafi.
W ciągu dalszych 15 minut okazało się, że nie ma wody. Więc moje plany porządkowe schodzą na plan dalszy. I bardzo dobrze, nie muszę tego robić w myśl zasady, że " zanim stęchnie, to długo jeszcze" i
" co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz miał 2 dni wolnego". Sytuacja luksusowa. Stękanie nie ma racji bytu. Zajęłam się więc swoim ciałem, by na plaży w sierpniu wyglądać co najmniej bosko. Nasmarowałam się serum antycellulitowym, balsamem z kofeiną, co by nie było jak w kultowym już dowcipie- " O! Ku....a jak wstyd przed Józkiem ".
Poszłam po zakupy- na szczęście było wszystko ,co to chciałam, zrobiłam sobie śniadanie, wypiłam następną kawę.Sprawdziłam krany- ciepła woda była, więc mogłam kontynuować czyszczenie lokalu. Co prawda zmywarka pęka w szwach, z kosza wysypują się brudne ubrania ( upchnęłam je, żeby nie oglądać), ale coś zrobić można. Wyczyściłam pralkę, ogarnęłam szafki w kuchni i oczywiście zakręcili również ciepłą wodę. Zostanę bez obiadu dzisiaj. I bardzo fajnie: odejdzie stanie przy garnkach, zmywanie i będę szczuplejsza- organizm spali naddatki tłuszczu. Same dobre strony.
Właśnie spojrzałam na balkon- już jednemu gołębiowi udało się narobić na kafelki ( głupie ptaszyska). Nerwy nadal wyłączone, bo w końcu muszę coś robić na długim urlopie, co by się nie zanudzić.
Jeszcze odkurzę mieszkanie, jeśli nie wyłączą prądu, jak kilka dni temu, kiedy to nastąpił totalny kataklizm- nic nie działało- wodę też wyłączyli- włącznie z winą , a ja właśnie wtedy wymyśliłam sobie wyjście na rolki. Stwierdziłam, że to mnie nie zatrzyma i zejdę w tych rolkach z 10 piętra, ale już na 8 okazało się, że odkręciło się kółko od rolki, wiec musiałam wrócić. Założyłam tenisówki, zbiegłam po schodach i zamiarem joggingu. Przebiegłam trochę i co- musiałam wrócić, bo zaczęło lać- chociaż się nie spociłam zbytnio
.
Chyba właśnie nastąpił jakiś progres w walce ze skutkami awarii, bo udało mi się umyć włosy i nałapać ciepłej wody o garnków i misek. Przystąpię zatem do planowanej działalności, zanim znowu materia się zbuntuje.
Co odpoczęłam , to odpoczęłam. Napisałam post, możecie sobie poczytać w wolnej chwili, a ja, jeśli sytuacja się powtórzy, zakładam rolki i oddaje się przyjemności jeżdżenia.
I jak tu nie patrzeć na świat i życie przez różowe okulary!!!!
--------------------------------------------------------------------
Dzień na prawdę był bardzo udany. Mimo wielu przeciwności i złośliwości przedmiotów martwych udało się wykonać plan w 100%, a nawet gdyby tak nie było, to przecież nikt nie umrze z tego powodu.
Jazda na rolkach mi się dzisiaj bardzo udała. Jeździłam jak szalona słuchając swoich ulubionych piosenek i mnie poniosło trochę. Chwila dekoncentracji i leżałam na betonie. Kolano tylko zachrobotało. Trochę boli noga, ale daje radę. Muszę kilka dni przystopować. Dobrze że coś dzisiaj zrobiłam, bo teraz mam bardzo dobrą wymówkę, żeby palcem nie kiwnąć
.
Właśnie rozmawiałam z koleżanką i stwierdziłam, że tak to już jest
,jak w niewłaściwym wieku, ktoś robi niewłaściwe rzeczy. Zamiast
gotować, prać, sprzątać i zajmować się dziećmi, to nie- ja sobie
wymyśliłam rolki ( jej męża siostrzeniec - koszykówkę) i na rezultaty
nie trzeba było długo czekać.
Kocham takie dni.
Dzisiaj jest właśnie jeden z takich dni, wszystko idzie nie swoim przewidzianym torem.
Rano, będąc jeszcze mało przytomna, umyłam zęby szczoteczką P. Generalnie pomyślałam OJ SHIT! Z drugiej jednak strony, zawsze to jakiś sposób na uodpornienie systemu immunologicznego, jestem pewna, że ani nie zachoruje ani nie umrę.
Następnie przystąpiłam do sprzątania balkonu, bo gołębie, mówiąc cywilizowanym językiem, załatwiają non stop swoje fizjologiczne potrzeby. Zdrapałam wszystko szpachelką, zamiotłam, polałam cudownym płynem, aby się nie zamęczyć przy myciu i oczywiście zaczęło padać. No tak- pomyślałam, zawsze to trochę wody z kranu mniej, lepiej odmoknie, będzie łatwiej, nie ma o co się wkurzać, przyroda pomaga mi jak tylko potrafi.
W ciągu dalszych 15 minut okazało się, że nie ma wody. Więc moje plany porządkowe schodzą na plan dalszy. I bardzo dobrze, nie muszę tego robić w myśl zasady, że " zanim stęchnie, to długo jeszcze" i
" co masz zrobić dziś, zrób pojutrze, będziesz miał 2 dni wolnego". Sytuacja luksusowa. Stękanie nie ma racji bytu. Zajęłam się więc swoim ciałem, by na plaży w sierpniu wyglądać co najmniej bosko. Nasmarowałam się serum antycellulitowym, balsamem z kofeiną, co by nie było jak w kultowym już dowcipie- " O! Ku....a jak wstyd przed Józkiem ".
Poszłam po zakupy- na szczęście było wszystko ,co to chciałam, zrobiłam sobie śniadanie, wypiłam następną kawę.Sprawdziłam krany- ciepła woda była, więc mogłam kontynuować czyszczenie lokalu. Co prawda zmywarka pęka w szwach, z kosza wysypują się brudne ubrania ( upchnęłam je, żeby nie oglądać), ale coś zrobić można. Wyczyściłam pralkę, ogarnęłam szafki w kuchni i oczywiście zakręcili również ciepłą wodę. Zostanę bez obiadu dzisiaj. I bardzo fajnie: odejdzie stanie przy garnkach, zmywanie i będę szczuplejsza- organizm spali naddatki tłuszczu. Same dobre strony.
Właśnie spojrzałam na balkon- już jednemu gołębiowi udało się narobić na kafelki ( głupie ptaszyska). Nerwy nadal wyłączone, bo w końcu muszę coś robić na długim urlopie, co by się nie zanudzić.
Jeszcze odkurzę mieszkanie, jeśli nie wyłączą prądu, jak kilka dni temu, kiedy to nastąpił totalny kataklizm- nic nie działało- wodę też wyłączyli- włącznie z winą , a ja właśnie wtedy wymyśliłam sobie wyjście na rolki. Stwierdziłam, że to mnie nie zatrzyma i zejdę w tych rolkach z 10 piętra, ale już na 8 okazało się, że odkręciło się kółko od rolki, wiec musiałam wrócić. Założyłam tenisówki, zbiegłam po schodach i zamiarem joggingu. Przebiegłam trochę i co- musiałam wrócić, bo zaczęło lać- chociaż się nie spociłam zbytnio
Chyba właśnie nastąpił jakiś progres w walce ze skutkami awarii, bo udało mi się umyć włosy i nałapać ciepłej wody o garnków i misek. Przystąpię zatem do planowanej działalności, zanim znowu materia się zbuntuje.
Co odpoczęłam , to odpoczęłam. Napisałam post, możecie sobie poczytać w wolnej chwili, a ja, jeśli sytuacja się powtórzy, zakładam rolki i oddaje się przyjemności jeżdżenia.
I jak tu nie patrzeć na świat i życie przez różowe okulary!!!!
--------------------------------------------------------------------
Dzień na prawdę był bardzo udany. Mimo wielu przeciwności i złośliwości przedmiotów martwych udało się wykonać plan w 100%, a nawet gdyby tak nie było, to przecież nikt nie umrze z tego powodu.
Jazda na rolkach mi się dzisiaj bardzo udała. Jeździłam jak szalona słuchając swoich ulubionych piosenek i mnie poniosło trochę. Chwila dekoncentracji i leżałam na betonie. Kolano tylko zachrobotało. Trochę boli noga, ale daje radę. Muszę kilka dni przystopować. Dobrze że coś dzisiaj zrobiłam, bo teraz mam bardzo dobrą wymówkę, żeby palcem nie kiwnąć
Kocham takie dni.
Ostatnio możemy sobie poczytać, lub
posłuchać o bardzo złych wynikach tegorocznych matur. Politycy ,jak
zawsze zresztą, będą się spotykać na szczeblu ministerialnym i
pierniczyć od rzeczy, co jak zwykle nie będzie niosło za sobą ani
konstruktywnych wniosków, a tym bardziej działania. I wszystko zostanie
tak jak było.
Ja wiem dlaczego jest. Myślę zresztą , że nie tylko ja. Pracowałam w szkole średniej, więc pokuszę się o pewne porównania.
Osoby starsze ode mnie, rówieśnicy i te nieco młodsze dobrze wiedzą, że, aby po skończonej podstawówce iść do liceum czy dobrego technikum, nie można było mieć na świadectwie żadnej oceny dostatecznej ( skala ocen 1- 5). Nikt by im takiego świadectwa nie przyjął, mało tego jakby się nawet odważył, to zapewne od razu by takiemu osobnikowi powiedziano, że jego miejsce, jest w szkole zawodowej, a dodatkowo musiałby się liczyć z tym, że zostanie wyśmiany. A dzisiaj mamy taką oto sytuację, że przychodzi delikwent, ma na świadectwie od góry do dołu oceny dopuszczające ( skala 1-6)i zostaje przyjęty do liceum. Kiedyś by po prostu nie zdał do następnej klasy, a dziś jest poważnym kandydatem do otrzymania świadectwa dojrzałości. Nie wiem tylko po co późnej stękanie, że uczniowie źle maturę napisali. Mnie osobiście śmiech ogarnia. Jest jeszcze inny, tzn społeczny aspekt takiego stanu rzeczy. Oszukuje się tych nieświadomych młodych ludzi, rozbudza się w nich niepotrzebnie jakieś nadzieje, pomijając już fakt, że oni marnują tam swój czas, nic nie wyniosą z takiego liceum. Potem mają pretensje do nauczycieli i uważam, że słusznie. Przecież osoba, która nie jest zdolna, lub zwyczajnie jej się nie chce uczuć, mogła by sobie spokojnie skończyć zawodówkę i iść do pracy, ale nie system przewiduje, że wszyscy muszą mieć maturę. Gdy zaczęłam pracę w szkole i stanęłam po drugiej stronie barykady, to obudziłam się w innej rzeczywistości.Był to ostatni rok, w którym uczniowie zawali tzw. starą maturę, więc nauczyciele ze szkoły sprawdzali. Na zebraniu dowiedziałam się od pana dyrektora, że " mamy sobie wybić z głowy to, że ktoś nie zda". Otworzyły mi się oczy ze zdziwienia i szczeka opadła. Dodatkowo moim zadaniem było napisanie tzw. recenzji do pracy. Wyglądało to tak, że tworzyłam momentami nadinterpretacje i pisałam o tym, czego faktycznie nie było.Po takich eksperymentach okazało się nagle, że wszyscy maja maturę i nic poza tym. Na rynku pracy brakuje ślusarzy, tokarzy itd, bo ktoś się uparł, żeby taki osobnik skończył szkołę średnią.
Rzeczywistość jest smutna. Zdarza się i nie jest to odosobniony przypadek, że uczniowie po gimnazjum nie potrafią płynnie czytać. Starszym też się zdarza. Uczyłam w wieczorówce. Poprosiłam w trakcie lekcji, aby uczeń przeczytał jakiś tekst, a on składał litery, czytał sylabami. Byłam załamana, zwróciłam uwagę na brak elementarnych umiejętności, nazwałam nawet zjawisko po imieniu- analfabetyzm, to usłyszałam:" to niech mnie pani nauczy". Takiej bezczelności w swoim kierunku dawno nie słyszałam. Wytłumaczyłam,że za to, to już ktoś wziął pieniądze i może z pretensjami do nauczycieli w podstawówce. Najgorsze jednak było to, że oni na mnie patrzyli, jak na kosmitkę. Uważali, że mam jakieś wygórowane wymagania, bo oczekuje, że oni nauczą się czytać. Nie rozumieli, że nie da się bez podstawowych umiejętności funkcjonować w świecie.
Na koniec kilka słów o tzw. nowej maturze. Uczestniczyłam w takich egzaminach, siedziałam sobie w komisji i słuchałam, co po 3 latach pobytu w liceum abiturienci mają o powiedzenia na temat literatury. Żeby oddać sprawiedliwość kilka razy otworzyłam usta ze zdziwienia, bo byli naprawdę bardzo dobrzy. Niestety to były wyjątki.
Ale od początku. Gdy dowiedziałam się, że na maturze ustnej z polskiego będę egzaminatorem i uczniowie dostarczyli plany pracy, spotkałam się z koleżanką, która ich uczyła, w celu ustalenia pytań. Ja nie znałam ich i nie wiedziałam jaki poziom reprezentują sobą. Uzgodniłyśmy wszystko i czekałyśmy na ten wielki dzień. I niestety nastąpił taki moment, że o mało co nie dostałam zawału. Wszedł chłopak, temat miał prosty, miał mówić o kulturze sarmackiej. Zaczął swoją prezentację, powiedział 3 zdania i zamilkł. Po dłuższej chwili pytam, czy ma jeszcze coś do dodatnia. Otrzymałam odpowiedź na tak, wiec czekam cierpliwie. Minęło 5 minut, w czasie których nie zadziało się nic, tylko przerażająca cisza krążyła w powietrzu i zagęszczała atmosferę. Ponowiłam swoje pytanie. Odpowiedział, że skończył. Wiec zaczęłam zadawać pytania. Powinnam zadać ich 3, zadałam chyba 7, ale na żadne nie otrzymałam słowa odpowiedzi. Mówię w końcu:
- W wykazie lektur zamieściłeś utwór " Powrót posła". To powiedz może skąd ten poseł wracał?"
Milczenie. Ja czuje , ze gardło mi się zwęża i nie mogę oddychać. Z histerią w głosie pytam :
- Skoro był posłem, to skąd mógł wracać?
- Z sejmu- opowiedział.
O myślę sobie jest jakaś nadzieja, więc kontynuuję:
- A może wiesz, co to był za sejm?
W tym momencie nadzieja zgasła, gdy zobaczyłam tępotę w jego oczach, ale nic -brnę dalej:
- Podpowiem Ci, że obrady tego sejmu trwały bardzo długo i zakończyły się podpisaniem bardzo ważnego dokumentu.
Nic- cisza. Mówię dalej:
- Nie dawno nawet było święto i wolny dzień.
Teraz modlę się, żeby nie powiedział,że chodzi o 1 maja.
Zastanawia się, widzę jak jego 2 szare komórki próbują się spotkać, ale on nie daje im szans. w końcu opowiada:
- Nie wiem.
Tutaj zakończył swój egzamin. Żeby nie było wątpliwości otrzymał ocenę niedostateczną.
Reasumując podam tylko definicje głupoty, a wnioski każdy sobie sam wyciągnie.
GŁUPOTA- to robienie cały czas tego samego i oczekiwanie, że coś się zmieni.
Ja wiem dlaczego jest. Myślę zresztą , że nie tylko ja. Pracowałam w szkole średniej, więc pokuszę się o pewne porównania.
Osoby starsze ode mnie, rówieśnicy i te nieco młodsze dobrze wiedzą, że, aby po skończonej podstawówce iść do liceum czy dobrego technikum, nie można było mieć na świadectwie żadnej oceny dostatecznej ( skala ocen 1- 5). Nikt by im takiego świadectwa nie przyjął, mało tego jakby się nawet odważył, to zapewne od razu by takiemu osobnikowi powiedziano, że jego miejsce, jest w szkole zawodowej, a dodatkowo musiałby się liczyć z tym, że zostanie wyśmiany. A dzisiaj mamy taką oto sytuację, że przychodzi delikwent, ma na świadectwie od góry do dołu oceny dopuszczające ( skala 1-6)i zostaje przyjęty do liceum. Kiedyś by po prostu nie zdał do następnej klasy, a dziś jest poważnym kandydatem do otrzymania świadectwa dojrzałości. Nie wiem tylko po co późnej stękanie, że uczniowie źle maturę napisali. Mnie osobiście śmiech ogarnia. Jest jeszcze inny, tzn społeczny aspekt takiego stanu rzeczy. Oszukuje się tych nieświadomych młodych ludzi, rozbudza się w nich niepotrzebnie jakieś nadzieje, pomijając już fakt, że oni marnują tam swój czas, nic nie wyniosą z takiego liceum. Potem mają pretensje do nauczycieli i uważam, że słusznie. Przecież osoba, która nie jest zdolna, lub zwyczajnie jej się nie chce uczuć, mogła by sobie spokojnie skończyć zawodówkę i iść do pracy, ale nie system przewiduje, że wszyscy muszą mieć maturę. Gdy zaczęłam pracę w szkole i stanęłam po drugiej stronie barykady, to obudziłam się w innej rzeczywistości.Był to ostatni rok, w którym uczniowie zawali tzw. starą maturę, więc nauczyciele ze szkoły sprawdzali. Na zebraniu dowiedziałam się od pana dyrektora, że " mamy sobie wybić z głowy to, że ktoś nie zda". Otworzyły mi się oczy ze zdziwienia i szczeka opadła. Dodatkowo moim zadaniem było napisanie tzw. recenzji do pracy. Wyglądało to tak, że tworzyłam momentami nadinterpretacje i pisałam o tym, czego faktycznie nie było.Po takich eksperymentach okazało się nagle, że wszyscy maja maturę i nic poza tym. Na rynku pracy brakuje ślusarzy, tokarzy itd, bo ktoś się uparł, żeby taki osobnik skończył szkołę średnią.
Rzeczywistość jest smutna. Zdarza się i nie jest to odosobniony przypadek, że uczniowie po gimnazjum nie potrafią płynnie czytać. Starszym też się zdarza. Uczyłam w wieczorówce. Poprosiłam w trakcie lekcji, aby uczeń przeczytał jakiś tekst, a on składał litery, czytał sylabami. Byłam załamana, zwróciłam uwagę na brak elementarnych umiejętności, nazwałam nawet zjawisko po imieniu- analfabetyzm, to usłyszałam:" to niech mnie pani nauczy". Takiej bezczelności w swoim kierunku dawno nie słyszałam. Wytłumaczyłam,że za to, to już ktoś wziął pieniądze i może z pretensjami do nauczycieli w podstawówce. Najgorsze jednak było to, że oni na mnie patrzyli, jak na kosmitkę. Uważali, że mam jakieś wygórowane wymagania, bo oczekuje, że oni nauczą się czytać. Nie rozumieli, że nie da się bez podstawowych umiejętności funkcjonować w świecie.
Na koniec kilka słów o tzw. nowej maturze. Uczestniczyłam w takich egzaminach, siedziałam sobie w komisji i słuchałam, co po 3 latach pobytu w liceum abiturienci mają o powiedzenia na temat literatury. Żeby oddać sprawiedliwość kilka razy otworzyłam usta ze zdziwienia, bo byli naprawdę bardzo dobrzy. Niestety to były wyjątki.
Ale od początku. Gdy dowiedziałam się, że na maturze ustnej z polskiego będę egzaminatorem i uczniowie dostarczyli plany pracy, spotkałam się z koleżanką, która ich uczyła, w celu ustalenia pytań. Ja nie znałam ich i nie wiedziałam jaki poziom reprezentują sobą. Uzgodniłyśmy wszystko i czekałyśmy na ten wielki dzień. I niestety nastąpił taki moment, że o mało co nie dostałam zawału. Wszedł chłopak, temat miał prosty, miał mówić o kulturze sarmackiej. Zaczął swoją prezentację, powiedział 3 zdania i zamilkł. Po dłuższej chwili pytam, czy ma jeszcze coś do dodatnia. Otrzymałam odpowiedź na tak, wiec czekam cierpliwie. Minęło 5 minut, w czasie których nie zadziało się nic, tylko przerażająca cisza krążyła w powietrzu i zagęszczała atmosferę. Ponowiłam swoje pytanie. Odpowiedział, że skończył. Wiec zaczęłam zadawać pytania. Powinnam zadać ich 3, zadałam chyba 7, ale na żadne nie otrzymałam słowa odpowiedzi. Mówię w końcu:
- W wykazie lektur zamieściłeś utwór " Powrót posła". To powiedz może skąd ten poseł wracał?"
Milczenie. Ja czuje , ze gardło mi się zwęża i nie mogę oddychać. Z histerią w głosie pytam :
- Skoro był posłem, to skąd mógł wracać?
- Z sejmu- opowiedział.
O myślę sobie jest jakaś nadzieja, więc kontynuuję:
- A może wiesz, co to był za sejm?
W tym momencie nadzieja zgasła, gdy zobaczyłam tępotę w jego oczach, ale nic -brnę dalej:
- Podpowiem Ci, że obrady tego sejmu trwały bardzo długo i zakończyły się podpisaniem bardzo ważnego dokumentu.
Nic- cisza. Mówię dalej:
- Nie dawno nawet było święto i wolny dzień.
Teraz modlę się, żeby nie powiedział,że chodzi o 1 maja.
Zastanawia się, widzę jak jego 2 szare komórki próbują się spotkać, ale on nie daje im szans. w końcu opowiada:
- Nie wiem.
Tutaj zakończył swój egzamin. Żeby nie było wątpliwości otrzymał ocenę niedostateczną.
Reasumując podam tylko definicje głupoty, a wnioski każdy sobie sam wyciągnie.
GŁUPOTA- to robienie cały czas tego samego i oczekiwanie, że coś się zmieni.
Ośmielę się postawić tezę, że w desperacji człowiek może narobić głupot.
Dzisiaj obejrzałam bardzo fajny program dotyczący poszukiwań partnera. Temat potraktowany został dość przekrojowo, przedstawiał bowiem poszukujące kobiety od 15 do 50 lat. Mimo tego, że dotyczył tylko płci pięknej, myślę ze można by śmiało przenieść na męski grunt.
Moja uwaga skoncentrowała się na 2 kobietach i na zachowaniu 2 mężczyzn.
Pierwsza z nich miała 22 lata. Mieszkała w Londynie i była modelką. Nie wiem tylko jakiego typu modelką, bo na pierwszy rzut oka już było to dyskusyjne. Nie chciałabym nikomu niesprawiedliwie przypiąć łatki, ale z dalszej części rozmowy z tą dziewczyną dowiedziałam się, że w ciągu roku miała 300- 400 randek i spędziła całkiem fajne wakacje z wysoko usytuowanymi panami, którzy zabierali ją to tu , to tam. Nie wiem, czy się nie mylę, ale to chyba nazywa się sponsoring, czyli mówiąc bez ogórek zakamuflowana prostytucja. Słyszałam kiedyś anegdotę, której bohaterem miał być Winston Churchill. Spotkał on podobno na przyjęciu pewna damę i zaproponował jej spędzenie nocy. Cena została podana i miało dojść do intymnej schadzki. Churchill położył na stole 50 funtów. Pani oburzona, z pretensjami, że nie tak się umawiali. On na to :" Wcześniej ustalaliśmy kim pani jest, a teraz płacę za usługę". Tak jak napisałam wcześniej , to tylko anegdota, ale odzwierciedla pełnię prawdy.
Wracając do jednej z bohaterek programu. Nie będę się może wypowiadać na temat jej urody, bo o gustach się nie dyskutuje. Wspomnę tylko, że wyglądała jak lalka Barbie z nadmuchanymi ustami. Powiem szczerze, ja się nie znam, ale P. mówi, że takie usta są super, a ja już dalej nie pytam, bo w 99,9% wiem, co ma na myśli, wyrażając taką opinię. Oczywiście w głowie pustka, wiatr hula miedzy uszami, ale wymagania i aspiracje wysokie. Tak na prawdę, to było mi jej żal, tzn. żal było patrzeć na jej głupotę.
Natomiast patrząc na wygłupy drugiej, byłam mocno zażenowana. Umówiła się pół roku wcześniej z jakimś facetem i po tym czasie uświadomiła sobie, że był najlepszym tzw.number one. Zaprosiła go na Walentynki. Przygotowała serduszkowe dekoracje i serduszkowe pierniki z napisem " I'm yours" , kupiła szampana. Facet przyjechał i doznał szoku. Rozumiem, że się chłopisko przestraszyło desperatki, ale na prawdę nie musiał być taki niedelikatny. Walnął bez ogródek, że on spotyka się z różnymi ludźmi, lubi zawierać nowe znajomości, ale ona mu nie leży i w ogóle nie ma ochoty na stały związek. Kobitka była załamana. Wcale się nie dziwię, tyle inwestycji i totalna klapa.
Najbardziej poruszyło mnie zachowanie jeszcze innego faceta. Siedzi z kobietą w restauracji, podchodzi kelner, a ona pyta, czy może prosić o menu, a ten :" ja już jadłem wcześniej !!". No takiego chamstwa nic nie usprawiedliwia !!!!
Oczywiście mam przykład z własnego podwórka, ale się powstrzymam o komentarza, bo i tak obiektywna być nie mogę. Wtajemniczeni pewnie będą wiedzieli, kogo mam na myśli.
Powiem za to, co kiedyś powiedziała moja mama w rozmowie z moją siostrą. Jej stwierdzenie i zapytanie ; " Meg no wiesz, jakby był taki dobry i fajny i w ogóle ma dobrą pracę , dodatkowo firmę prowadzi, ma dom, fajny samochód i jeszcze 37 lat. To wiesz, niejedna by już go zgarnęła, gdyby był taki rozgarnięty. To co jest z nim nie tak?" I rzeczywiście było coś nie tak, ale to przemilczę, bo mnie nie dotyczy. Ja mojej mamie wierzę akurat w tej kwestii, bo chyba sama popełniła błąd desperacki.
Dzisiaj obejrzałam bardzo fajny program dotyczący poszukiwań partnera. Temat potraktowany został dość przekrojowo, przedstawiał bowiem poszukujące kobiety od 15 do 50 lat. Mimo tego, że dotyczył tylko płci pięknej, myślę ze można by śmiało przenieść na męski grunt.
Moja uwaga skoncentrowała się na 2 kobietach i na zachowaniu 2 mężczyzn.
Pierwsza z nich miała 22 lata. Mieszkała w Londynie i była modelką. Nie wiem tylko jakiego typu modelką, bo na pierwszy rzut oka już było to dyskusyjne. Nie chciałabym nikomu niesprawiedliwie przypiąć łatki, ale z dalszej części rozmowy z tą dziewczyną dowiedziałam się, że w ciągu roku miała 300- 400 randek i spędziła całkiem fajne wakacje z wysoko usytuowanymi panami, którzy zabierali ją to tu , to tam. Nie wiem, czy się nie mylę, ale to chyba nazywa się sponsoring, czyli mówiąc bez ogórek zakamuflowana prostytucja. Słyszałam kiedyś anegdotę, której bohaterem miał być Winston Churchill. Spotkał on podobno na przyjęciu pewna damę i zaproponował jej spędzenie nocy. Cena została podana i miało dojść do intymnej schadzki. Churchill położył na stole 50 funtów. Pani oburzona, z pretensjami, że nie tak się umawiali. On na to :" Wcześniej ustalaliśmy kim pani jest, a teraz płacę za usługę". Tak jak napisałam wcześniej , to tylko anegdota, ale odzwierciedla pełnię prawdy.
Wracając do jednej z bohaterek programu. Nie będę się może wypowiadać na temat jej urody, bo o gustach się nie dyskutuje. Wspomnę tylko, że wyglądała jak lalka Barbie z nadmuchanymi ustami. Powiem szczerze, ja się nie znam, ale P. mówi, że takie usta są super, a ja już dalej nie pytam, bo w 99,9% wiem, co ma na myśli, wyrażając taką opinię. Oczywiście w głowie pustka, wiatr hula miedzy uszami, ale wymagania i aspiracje wysokie. Tak na prawdę, to było mi jej żal, tzn. żal było patrzeć na jej głupotę.
Natomiast patrząc na wygłupy drugiej, byłam mocno zażenowana. Umówiła się pół roku wcześniej z jakimś facetem i po tym czasie uświadomiła sobie, że był najlepszym tzw.number one. Zaprosiła go na Walentynki. Przygotowała serduszkowe dekoracje i serduszkowe pierniki z napisem " I'm yours" , kupiła szampana. Facet przyjechał i doznał szoku. Rozumiem, że się chłopisko przestraszyło desperatki, ale na prawdę nie musiał być taki niedelikatny. Walnął bez ogródek, że on spotyka się z różnymi ludźmi, lubi zawierać nowe znajomości, ale ona mu nie leży i w ogóle nie ma ochoty na stały związek. Kobitka była załamana. Wcale się nie dziwię, tyle inwestycji i totalna klapa.
Najbardziej poruszyło mnie zachowanie jeszcze innego faceta. Siedzi z kobietą w restauracji, podchodzi kelner, a ona pyta, czy może prosić o menu, a ten :" ja już jadłem wcześniej !!". No takiego chamstwa nic nie usprawiedliwia !!!!
Oczywiście mam przykład z własnego podwórka, ale się powstrzymam o komentarza, bo i tak obiektywna być nie mogę. Wtajemniczeni pewnie będą wiedzieli, kogo mam na myśli.
Powiem za to, co kiedyś powiedziała moja mama w rozmowie z moją siostrą. Jej stwierdzenie i zapytanie ; " Meg no wiesz, jakby był taki dobry i fajny i w ogóle ma dobrą pracę , dodatkowo firmę prowadzi, ma dom, fajny samochód i jeszcze 37 lat. To wiesz, niejedna by już go zgarnęła, gdyby był taki rozgarnięty. To co jest z nim nie tak?" I rzeczywiście było coś nie tak, ale to przemilczę, bo mnie nie dotyczy. Ja mojej mamie wierzę akurat w tej kwestii, bo chyba sama popełniła błąd desperacki.
Na początek o sobie. Nie biegam co niedzielę do kościoła. Bardziej określam siebie jako chrześcijankę niż katoliczkę, bo generalnie męczą mnie katolickie dekoracje i są mi bardzo dalekie. Uważam, że momentami to co głosi KK, nie ma nic wspólnego z nauką Chrystusa. Denerwują mnie księża, którzy wypowiadają radykalne opinie, a sami cóż, idą w zupełnie inna stronę. I chcę od razu powiedzieć, że nie wrzucam wszystkich do jednego worka, bo było by to bardzo niesprawiedliwe i krzywdzące. Osobiście boję się tych, którzy kreują się na świętych. Zastanawiam się wtedy, co też takiego za tą fasadą może się ukrywać???
Ostatnio mój kolega- ksiądz w moich oczach zyskał wiele szacunku. Popełnij błąd,( nie będę pisała jaki, bo może niektórzy nie wiedzą, a nie chciałabym rozgłaszać)ale przyznał się do winny i podał karze, jak każdy obywatel tego państwa. Dobrze to świadczy o nim. W moich oczach nie stracił nic, bo jak każdy człowiek ma prawo popełniać błędy, lecz nie zwalnia go to z odpowiedzialności. Oczywiście jego przyznanie się mówi o dużej odwadze. Niektórzy z jego kręgu zawodowego niestety tak nie potrafią. Choćby biskup Petz, który co robił, każdy wie, jednak nie przeszkadza mu to chodzić w purpurze. Albo stanowisko biskupów, co o obecności krzyża na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie w Smoleńsku w tonie :" to nie jest nasza sprawa". To ja się pytam, co jeśli nie obrona krzyża jest ich sprawą? Co jeśli nie świętość i sens chrześcijaństwa jest dla nich ważne?
Trudno się zatem dziwić, że skoro KK ma takich liderów jak wspomniany biskup czy ojciec dyrektor,albo takie kwiatki http://http://www.youtube.com/watch?v=akNs5JOhPVU&feature=related , lub przykład z własnego powtórka - księdza Andrzeja P.,to i wierni momentami nie bardzo.
To że w Wielką Sobotę idą do kościoła poświęcić pokarm wszyscy, to łatwo zaobserwować. A ja znowu pytam po co, skoro to nie kwestia wiary, tylko zwyczaj? Skoro się idzie na procesję Bożego Ciała i za krzakami w trakcie nabożeństwa pali się papierosy, to znów zapytam po co? Po co biegać o kościoła i udawać, że żyje się według pewnych zasad, a potem idzie się do sklepu i przykleja na butach kody, żeby zapłacić taniej, albo z jednej strony głosić fundamentalne przekonania, co do zła aborcji czy zapłonienia in-vitro, a z drugiej stosować antykoncepcję hormonalną? - w rozumieniu KK na jedno wychodzi.Bądź też zostając przy krzyżu, kiedy politycy różnych opcji opowiadają się za zdjęciem krzyży ze ścian szkół czy instytucji państwowych, to wtedy jest zamach na wolność religijną, ale jak po 10 kwietnia ludzie z obydwóch stron poniewierają tą świętością, to KK to nie obchodzi, bo w końcu jak pisałam wyżej to nie ich sprawa. Zresztą kiedyś przeczytałam takie oto zadanie, z którym zgadzam się w 100%:
"Krzyże od wieków pchane były przed pogrzebami, ślubami, armiami i piekłem na ziemi, w imię... no właśnie, każdy używa i używał świętości do swoich celów, zasłaniając nimi okrucieństwo jakie popełniał, najczęściej (mimo ideologii dorabianych do sytuacji) 'w swoje imię".
Moje wykształcenie nie pozwala mi jednak zostawić tego tekstu tak tendencyjnego. KK to w końcu znaczna grupa ludzi i jak w każdej tego typu społeczności znajdują się jednostki patologiczne, ale również i tacy, którzy pojmują istotę swojej wiary i nie twierdza, że najważniejszym świętem dla chrześcijan jest Boże Narodzenie. Jest wielu księży, którzy z narażeniem życia i zdrowia służą innym, pochylając się nad słabymi , wykluczonymi i chorymi.
Ostatnio nawet zgodziłam się z opinią proboszcza, który mówił, że przyszli do niego narzeczeni i chcieli przystąpić do sakramentu małżeństwa, a on ich zapytał , ile jest Bożych przykazań- ich odpowiedź- 20, więc poprosił o wymienienie tych 20 przykazań, to mu powiedziano, że znają tylko 3. Więc po co?. Nie rozumiem też , dlaczego wszystkie dzieci muszą iść do komunii? Al biegał co niedzielę na Mszę, bo trzeba było wkleić obrazek do zeszytu i postawić krzyżyk na liście obecności w kościele. Po Komunii okazało się, że nie trzeba tam chodzić wcale. Przykre jest to, że teraz nikt mu o tym nie przypomina.
Przykłady te potwierdza badania socjologiczne, które wskazują na fakt, ze polska religijność na w znacznym stopniu charakter tradycjonalny związany bardziej z ludnościową niż z wiedzą na temat Boga. Traktujemy religię na poważnie o momentu, kiedy osiągniemy swój doczesny cel.
Dziś wybrałam się do galerii handlowej, bo okazało się, że za bardzo nie
mam ubrań odpowiednich do realizacji mojej aktywności fizycznej ( od 2
tygodni prawie jeżdżę na rolkach).
W autobusie spotkałam mojej mamy znajomą. W skrócie porozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło. W końcu Pani Ela mówi, że podobno, tak słyszała, mam bardzo fajnego partnera i że tak naprawdę, to ona jest ze wszystkim na bieżąco. Zastanawia mnie kto- mama czy Meg- tak zareklamowały P.? Oczywiście nie mam nic przeciwko, bo to miłe jak ktoś dobrze mówi o nim.Sama też nie mam powodów do narzekań. P. tak jak każdy, także ja, bo święta nie jestem, ma swoje przysłowiowe " hallo", ale nie ma powodów, by tego nie akceptować, a przynajmniej tolerować momentami. Na przykład denerwująca jest jego bardzo wysoka reaktywność. Coś mu pójdzie nie tak, jakiś drobiazg, a P. zaczyna podnosić głos albo jego stałe robienie tzw. " masy". Fakt, efekty są, bo wygląda jak facet, a nie popierdółka, ale to stałe męczenie i opowieści i stale jeden komentarz: " NIDGY TEGO NIE ZROZUMIESZ", - bez komentarza . I oczywiście stale powtarza , że mnie nienawidzi.
Ostatnio Mama była u nas i żegnając się, powiedziała do , że najważniejsze, żebyśmy żyli ze sobą w zgodzie. Mówię jej : " Mamo, ale my się non stop kłócimy", a ona : " to dobrze, powiedzcie sobie, co macie do powiedzenia, to z czasem będzie lepiej". Zgadzam się z nią, kiedyś przestaniemy się sprzeczać, bo nie bezie już o co. Mam nadzieję, że nie staniemy się dla siebie obojętni, bo to dla mnie najgorszy stan w jakim można się znaleźć.
-------------------------------------------------------------------
Teraz o sobie, bo to nieładnie mówić o innych.
Ostatnio spotyka mnie bardzo wiele dobrych chwil, dostaje od innych osób bardzo wiele ciepła ( cholera wzruszyłam się). Pomijając już Evę, która widzi we mnie przyjaciela. Rozmawiałam z Kasią i ona też powiedziała do mnie :" dziękuje, że jesteś". Ostatnio przyszła Ania W. i mówi:" ty musisz tu być, bo już tak bardzo przyzwyczaiłyśmy się do ciebie.
Wszystkim ze szczerego serca dziękuję, to nie tylko miłe, ale wysoko budujące i ogromy zaszczyt dla mnie.
W autobusie spotkałam mojej mamy znajomą. W skrócie porozmawiałyśmy o tym, co się wydarzyło. W końcu Pani Ela mówi, że podobno, tak słyszała, mam bardzo fajnego partnera i że tak naprawdę, to ona jest ze wszystkim na bieżąco. Zastanawia mnie kto- mama czy Meg- tak zareklamowały P.? Oczywiście nie mam nic przeciwko, bo to miłe jak ktoś dobrze mówi o nim.Sama też nie mam powodów do narzekań. P. tak jak każdy, także ja, bo święta nie jestem, ma swoje przysłowiowe " hallo", ale nie ma powodów, by tego nie akceptować, a przynajmniej tolerować momentami. Na przykład denerwująca jest jego bardzo wysoka reaktywność. Coś mu pójdzie nie tak, jakiś drobiazg, a P. zaczyna podnosić głos albo jego stałe robienie tzw. " masy". Fakt, efekty są, bo wygląda jak facet, a nie popierdółka, ale to stałe męczenie i opowieści i stale jeden komentarz: " NIDGY TEGO NIE ZROZUMIESZ", - bez komentarza . I oczywiście stale powtarza , że mnie nienawidzi.
Ostatnio Mama była u nas i żegnając się, powiedziała do , że najważniejsze, żebyśmy żyli ze sobą w zgodzie. Mówię jej : " Mamo, ale my się non stop kłócimy", a ona : " to dobrze, powiedzcie sobie, co macie do powiedzenia, to z czasem będzie lepiej". Zgadzam się z nią, kiedyś przestaniemy się sprzeczać, bo nie bezie już o co. Mam nadzieję, że nie staniemy się dla siebie obojętni, bo to dla mnie najgorszy stan w jakim można się znaleźć.
-------------------------------------------------------------------
Teraz o sobie, bo to nieładnie mówić o innych.
Ostatnio spotyka mnie bardzo wiele dobrych chwil, dostaje od innych osób bardzo wiele ciepła ( cholera wzruszyłam się). Pomijając już Evę, która widzi we mnie przyjaciela. Rozmawiałam z Kasią i ona też powiedziała do mnie :" dziękuje, że jesteś". Ostatnio przyszła Ania W. i mówi:" ty musisz tu być, bo już tak bardzo przyzwyczaiłyśmy się do ciebie.
Wszystkim ze szczerego serca dziękuję, to nie tylko miłe, ale wysoko budujące i ogromy zaszczyt dla mnie.
Jakiś czas temu Eva zaproponowała mi
wspólny wyjazd do Krakowa. Miałyśmy się tam spotkać z naszym byłym
wykładowca Jarosławem F.
Mimo wielu przeszkód logistycznych udało nam się dotrzeć. Jechałyśmy chyba z 4 godziny, ale czas mijał szybko, bo zawsze mamy sobie coś do powiedzenia :)) Miałyśmy plany ambitne. Dr F. nawet miał zamiar wprowadzić nas na konferencje naukową o twórczości Miłosza, ale było już tak późno, ze wszystko się odbyło bez nas.
Dotarłyśmy pod Collegium Novum. Nasz wykładowca czekał na nas cierpliwie. Zaprosił nas na kawę i oczywiście zaczął opowiadać o tym, co tam na konferencji było.
Gdy wyciągnął cukier zapakowany w papierowa ,małą torebkę z nadrukowanym nazwiskiem polskiego noblisty, to jednocześnie doznałam szoku, ale i poczułam się usprawiedliwiona. Powód usprawiedliwienia- szkolna gablota. Otóż pewnego dnia przyszłam do pracy i dowiedziałam się, że właśnie trwa " malowanie trawy" i musimy zmienić tradycyjna gazetkę. Na biegu wymyśliłyśmy,że będzie o Miłoszu, bo skoro trwa Rok Miłosza, to czemu nie. Wydrukowałyśmy zdjęcia, wiersz " Campo di Fiori" w czterech językach i wszystko było ok. Do czasu, kiedy zaczęłam wieszać te wszystkie dekoracje.
Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy okazało się , że ta gablota wisi centralnie obok męskiej toalety. Pojawił się we mnie bunt polonisty i miłośnika literatury. Pobiegłam więc do pana Andrzeja. I truje mu: " Panie Andrzeju, proszę przewiesić tą gablotę, bo jak to wygląda, Miłosz, wiersz o powstaniu w warszawskim getcie i męski kibel za przeproszeniem, to się nie godzi." Pan Andrzej popatrzył na mnie jak na wariatkę zapewne, że mu gitarę zawracam jakimś nieuzasadnionym estetyzmem i mówi: " A jak by wisiał koło żeńskiego, to byłoby ok?" Jednoznacznie stwierdził, że nic się nie da zrobić i musi być jak jest. Podziękowałam mu i godząc się z rzeczywistością i nieprzebłagana materią, mając jednocześnie wewnętrzny sprzeciw, wróciłam do pracy.Kasia tez chyba miała dość moich wewnętrznych rozterek, bo stwierdziła, że nic się nie dzieje skoro wisiał tam już Goethe i Chopin- a co oni gorsi???- zapytała mnie. W domu u P. też nie znalazłam zrozumienia, jedynie Eva mnie rozumiała. Widząc zatem ten cukier moje sumienie zostało uspokojone.
Ale czas już powrócić do spotkania, chociaż w dygresjach pewnie jestem lepsza niż Słowacki w " Beniowskim" :)
Na początku nie mogłam się napatrzeć na naszego doktora, bo 10 lat minęło, a on się wcale nie zmienił i chociaż, jak sam stwierdził, jest już starszym panem dobiegającym 50-tki, to nic się w nim nie zmieniło, wygląda dalej na 35 lat ( faceci maja fajnie- wolniej się starzeją).Opowiadał o różnych rzeczach, jak zwykle swobodnie przechodząc z tematu na temat.Ja natomiast uruchomiłam czujność i pokłady koncentracji, aby nie pleść od rzeczy mimochodem, żeby nie wyglądało na to, że on o gruszkach, a ja o karabinach. Rozmowa o literaturze, oczywiście o Miłoszu, o filozofii, kulturze, książkach. W pewnym momencie jednak zaczęłam się zastanawiać, komu w zasadzie potrzebne są takie dyskusje. Jakie to ma znaczenie, w jaki sposób przekłada się na nasze realne życie. Zgodzę się co do jednego, na pewno takie rozmowy kształtują nasza wrażliwość estetyczną, ale również stanowią tylko dekorację- fasadę, za która odnajdujemy prawdziwe życie, które literaturą nie jest. Ja mam raczej stabilne poglądy i staram się realnie patrzeć na rzeczywistość, a nie przez pryzmat bajki. I z tego względu nie mam zamiaru zastanawiać się nad tzw. oczywistymi oczywistościami. Czy natura , czy kultura i co istotniejsze i co ma większy wpływ na nasze życie i zachowania.
Wczoraj z Eva nasunęła nam się taka oto refleksja o krakowskim spotkaniu. Nie uważamy,żeby był to dla nas stracony czas,bo dał nam dużo do myślenia. Sama Eva stwierdziła,że 10 lat przyczyniło się do przepaści. Mimo całego szacunku i sympatii dla dr. F. Evę zastanawia to, w jaki sposób można spędzić życie pisząc o czymś , co nie dotyczy rzeczywistości, zajmować się czymś tylko dla idei zajmowania się.
Ja znam odpowiedź. My musimy wyszarpać, wydrzeć od życia to co chcemy pazurami. Każdy dzień to walka o przetrwanie, wiec rozważania czy Miłosz bądź tez Gombrowicz ( przy wielkim moim uznaniu dla ich twórczości)zjadł obiad danego dnia czy nie i jaki to miało wpływ na jego życie , nie możne być priorytetem.
Pomijając jednak to wszystko, dalej mi przeszkadza ta gablota i jak idę korytarzem, to nawet na nią nie zerkam.
Mimo wielu przeszkód logistycznych udało nam się dotrzeć. Jechałyśmy chyba z 4 godziny, ale czas mijał szybko, bo zawsze mamy sobie coś do powiedzenia :)) Miałyśmy plany ambitne. Dr F. nawet miał zamiar wprowadzić nas na konferencje naukową o twórczości Miłosza, ale było już tak późno, ze wszystko się odbyło bez nas.
Dotarłyśmy pod Collegium Novum. Nasz wykładowca czekał na nas cierpliwie. Zaprosił nas na kawę i oczywiście zaczął opowiadać o tym, co tam na konferencji było.
Gdy wyciągnął cukier zapakowany w papierowa ,małą torebkę z nadrukowanym nazwiskiem polskiego noblisty, to jednocześnie doznałam szoku, ale i poczułam się usprawiedliwiona. Powód usprawiedliwienia- szkolna gablota. Otóż pewnego dnia przyszłam do pracy i dowiedziałam się, że właśnie trwa " malowanie trawy" i musimy zmienić tradycyjna gazetkę. Na biegu wymyśliłyśmy,że będzie o Miłoszu, bo skoro trwa Rok Miłosza, to czemu nie. Wydrukowałyśmy zdjęcia, wiersz " Campo di Fiori" w czterech językach i wszystko było ok. Do czasu, kiedy zaczęłam wieszać te wszystkie dekoracje.
Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy okazało się , że ta gablota wisi centralnie obok męskiej toalety. Pojawił się we mnie bunt polonisty i miłośnika literatury. Pobiegłam więc do pana Andrzeja. I truje mu: " Panie Andrzeju, proszę przewiesić tą gablotę, bo jak to wygląda, Miłosz, wiersz o powstaniu w warszawskim getcie i męski kibel za przeproszeniem, to się nie godzi." Pan Andrzej popatrzył na mnie jak na wariatkę zapewne, że mu gitarę zawracam jakimś nieuzasadnionym estetyzmem i mówi: " A jak by wisiał koło żeńskiego, to byłoby ok?" Jednoznacznie stwierdził, że nic się nie da zrobić i musi być jak jest. Podziękowałam mu i godząc się z rzeczywistością i nieprzebłagana materią, mając jednocześnie wewnętrzny sprzeciw, wróciłam do pracy.Kasia tez chyba miała dość moich wewnętrznych rozterek, bo stwierdziła, że nic się nie dzieje skoro wisiał tam już Goethe i Chopin- a co oni gorsi???- zapytała mnie. W domu u P. też nie znalazłam zrozumienia, jedynie Eva mnie rozumiała. Widząc zatem ten cukier moje sumienie zostało uspokojone.
Ale czas już powrócić do spotkania, chociaż w dygresjach pewnie jestem lepsza niż Słowacki w " Beniowskim" :)
Na początku nie mogłam się napatrzeć na naszego doktora, bo 10 lat minęło, a on się wcale nie zmienił i chociaż, jak sam stwierdził, jest już starszym panem dobiegającym 50-tki, to nic się w nim nie zmieniło, wygląda dalej na 35 lat ( faceci maja fajnie- wolniej się starzeją).Opowiadał o różnych rzeczach, jak zwykle swobodnie przechodząc z tematu na temat.Ja natomiast uruchomiłam czujność i pokłady koncentracji, aby nie pleść od rzeczy mimochodem, żeby nie wyglądało na to, że on o gruszkach, a ja o karabinach. Rozmowa o literaturze, oczywiście o Miłoszu, o filozofii, kulturze, książkach. W pewnym momencie jednak zaczęłam się zastanawiać, komu w zasadzie potrzebne są takie dyskusje. Jakie to ma znaczenie, w jaki sposób przekłada się na nasze realne życie. Zgodzę się co do jednego, na pewno takie rozmowy kształtują nasza wrażliwość estetyczną, ale również stanowią tylko dekorację- fasadę, za która odnajdujemy prawdziwe życie, które literaturą nie jest. Ja mam raczej stabilne poglądy i staram się realnie patrzeć na rzeczywistość, a nie przez pryzmat bajki. I z tego względu nie mam zamiaru zastanawiać się nad tzw. oczywistymi oczywistościami. Czy natura , czy kultura i co istotniejsze i co ma większy wpływ na nasze życie i zachowania.
Wczoraj z Eva nasunęła nam się taka oto refleksja o krakowskim spotkaniu. Nie uważamy,żeby był to dla nas stracony czas,bo dał nam dużo do myślenia. Sama Eva stwierdziła,że 10 lat przyczyniło się do przepaści. Mimo całego szacunku i sympatii dla dr. F. Evę zastanawia to, w jaki sposób można spędzić życie pisząc o czymś , co nie dotyczy rzeczywistości, zajmować się czymś tylko dla idei zajmowania się.
Ja znam odpowiedź. My musimy wyszarpać, wydrzeć od życia to co chcemy pazurami. Każdy dzień to walka o przetrwanie, wiec rozważania czy Miłosz bądź tez Gombrowicz ( przy wielkim moim uznaniu dla ich twórczości)zjadł obiad danego dnia czy nie i jaki to miało wpływ na jego życie , nie możne być priorytetem.
Pomijając jednak to wszystko, dalej mi przeszkadza ta gablota i jak idę korytarzem, to nawet na nią nie zerkam.
Splendor,
chwała, honor pewnie można by się długo zastanawiać, co to właściwie
oznacza, zwłaszcza dzisiaj w dobie przewartościowania pojęć i znaczeń,
nie można uzyskać jednoznacznej definicji. W końcu dla nie małej części "
bycie " na okładce tabloidu, byłoby zaszczytem, bądź tez szczytem ich
osiągnięć życiowych.
Generalnie jest jak jest i nie ma powodu się obrażać na rzeczywistość, ani rozdzierać szat niczym Rejtan na obrazie Matejki.
Oczywiście nie piszę o tym bez powodu. Wczoraj i mnie spotkało coś takiego i nie będę zaprzeczać, że moje ego nie poszło w górę, a może nawet super ego.
Pamiętacie Evę? Pisałam o niej jakiś czas temu. Była u mnie wczoraj. Pogadałyśmy o różnych sprawach, bo ogólnie życie nie rozpieszcza nikogo. Mimo wszystko , jak twierdzi Loa na swoim blogu, NEVER GIVE UP.
Ja osobiście uważam, że Eva nie należy do tego świata. Owszem jej ciało podlega wszystkim prawom natury i ludzkiej fizjologii, ale mentalnie jest w inny miejscu , w innym wymiarze, który niestety dla nie jest dostępny.Czasami twarda rzeczywistość świata w okrutny sposób daje jej nauczkę. To chyba taka chęć przypomnienia w jakim wymiarze tak na prawdę przyszło ci wieść nędzną egzystencję ( proszę w odpowiedni sposób zinterpretować słowo " nędzna").
I właśnie wczoraj wieczorem ta niepowtarzalna istota napisała do mnie :" Dziękuję za to, że jesteś właśnie taka, jaka jesteś. Uważam, ze jesteś moją przyjaciółką. Czy ja jestem przyjaciółką wobec Ciebie? Myślę, że to Ty określasz i wiesz".
DLA MNIE TO NIEKWESTIONOWANY ZASZCZYT- DZIĘKUJĘ. POSTARAM SIĘ NIE ZAWIEŚĆ.
Generalnie jest jak jest i nie ma powodu się obrażać na rzeczywistość, ani rozdzierać szat niczym Rejtan na obrazie Matejki.
Oczywiście nie piszę o tym bez powodu. Wczoraj i mnie spotkało coś takiego i nie będę zaprzeczać, że moje ego nie poszło w górę, a może nawet super ego.
Pamiętacie Evę? Pisałam o niej jakiś czas temu. Była u mnie wczoraj. Pogadałyśmy o różnych sprawach, bo ogólnie życie nie rozpieszcza nikogo. Mimo wszystko , jak twierdzi Loa na swoim blogu, NEVER GIVE UP.
Ja osobiście uważam, że Eva nie należy do tego świata. Owszem jej ciało podlega wszystkim prawom natury i ludzkiej fizjologii, ale mentalnie jest w inny miejscu , w innym wymiarze, który niestety dla nie jest dostępny.Czasami twarda rzeczywistość świata w okrutny sposób daje jej nauczkę. To chyba taka chęć przypomnienia w jakim wymiarze tak na prawdę przyszło ci wieść nędzną egzystencję ( proszę w odpowiedni sposób zinterpretować słowo " nędzna").
I właśnie wczoraj wieczorem ta niepowtarzalna istota napisała do mnie :" Dziękuję za to, że jesteś właśnie taka, jaka jesteś. Uważam, ze jesteś moją przyjaciółką. Czy ja jestem przyjaciółką wobec Ciebie? Myślę, że to Ty określasz i wiesz".
DLA MNIE TO NIEKWESTIONOWANY ZASZCZYT- DZIĘKUJĘ. POSTARAM SIĘ NIE ZAWIEŚĆ.
Subskrybuj:
Posty (Atom)