Tydzień temu dokładnie wybraliśmy się do Warszawy do Centrum Nauki Kopernik. Al przybiegł do nas do łózka o 4 nad ranem z informacją, że on chce jechać za 5 minut.Widząc brak naszej reakcji położył się miedzy nami i zasnął. Nasza apatia ostudziła jego ekscytację. Podróż była tragiczna, tak jak przewidywałam. Chłopcy w samochodzie z nudów dostawali szału, a my razem z nimi. P. się wściekał na nich, ja na P. i na nich. Mimo tego udało się dojechać. Jednak na miejscu okazało się, że niestety nie wejdziemy do Centrum, bo właśnie przestali sprzedawać bilety. Jak stwierdził P. " Pułtusk" nas wyprzedził. Pan ( zresztą bardzo przystojny) przy drzwiach poinformował, ze może za 2-3 godziny będzie można wejść.Stanęliśmy przed dylematem - co dalej. Frustracja P. chyba osiągnęła zenit, bo każda moja propozycja spędzenia czasu spotkała się z obiekcją , co z kolei mnie doprowadziło do szału. Musiałam oddalić się na 10 minut i uspokoić. Wtedy chyba P. zrozumiał, że jestem na granicy wytrzymałości i złagodniał nieco. A tak przy okazji- ja choleryk- on choleryk plus niezłe stężenie testosteronu, dodatkowo ja uparta jak osioł- on uparty jak wół, co w konsekwencji oznacza " niezłą jazdę". Na szczęście jeszcze się pozabijaliśmy
Pojechaliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego. Ja i P. byliśmy w tamtym roku, więc już nie oglądaliśmy wystaw, za to mogliśmy biegać z dziećmi. Chłopcom oczywiście się nie podobało, zresztą wcale nas to nie dziwiło. W końcu temat powstania i wojny znacznie przekracza percepcje 6 i 9 latka. Najbardziej podobał im się kanał, bo mogli się powygłupiać i postraszyć. Potem poszliśmy na projekcje filmu " Miasto ruin". Ja napaliłam się strasznie, bo widziałam fragment w internecie. Dostaliśmy okulary ( projekcja 3D) , które non stop spadały mi z nosa i w napięciu oczekiwaliśmy na coś fajnego. I co? Nic- nuda " Panie". Ja w czasie wyświetlania nawet ściągałam te okulary i jakoś nie zauważyłam tego 3D. Po projekcji wymownie spojrzeliśmy na siebie i zero komentarza. Oczywiście trzeba oddać honor twórcom, bo wykonali ciężką pracę i ruiny rzeczywiście wyglądały imponująco, ale generalnie nuda, mnie na kolana nie rzuciło.
Potem poszliśmy na obiad i wróciliśmy pod Centrum. I tu mila niespodzianka- " Pułtusk" odjechał i jest normalnie. W środku atrakcji co nie miara. Al z Philem biegali jak opętani, wszystko chcieli zobaczyć od razu, dotknąć wszystkiego naraz. My tylko patrzyliśmy, gdzie w danym momencie się znajdują, czy gdzieś się nie zawieruszyli. Jeśli macie ciekawskie dzieci, to wybierzcie się. Spędziliśmy tam 3 godziny i nie chciało nam się wyjść, zresztą nie tylko nam, inni też się ociągali. Al tylko był niepocieszony , bo teatr robotyczny był zamknięty, a on chciał najbardziej zobaczyć te roboty ( może następnym razem się uda). Na szczęście przy wejściu stał jeden duży, to nim trochę posterowali. ja stałam za biletami, a oni gapili się jak sroka w gnat- dziecięca fascynacja.
Droga powrotna była znacznie spokojniejsza. Chłopcy szybko usnęli i obudzili się w Częstochowie.
Następny dzień spędziliśmy w domu. Przyszła do nas wieczorem znajoma P. i siedziała dość długo. Phil zasnął w naszej sypialni, za to Al był szczęśliwy, bo nikt się nie interesował zbytnio tym co robi i nikt mu nie przeszkadzał. Siedział więc przy komputerze i robił animacje. Al jest niesamowicie twórczy i kreatywny. Ma ciekawe zainteresowania, wystarczy mu iskra, żeby robić coś nowego, innego, coś po swojemu. Wystarczy mu zwykłe pudełko. Ostatnio z takiego pudelka zrobił korpus robota, potem założył to na Phila i zabawa była super.
W piątek rano pojechaliśmy do dziadków na wieś, wrócilismy w sobotę wieczorem i na tym zakończę. Może powiem tylko tyle, ze jak przekroczyliśmy próg domu P. stwierdził: " jak ja lubię być w domu" , ja natomiast potwierdziłam uśmiechem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz