Miłość- to na co czekamy przez całe
życie, tego pragniemy dla siebie najbardziej, to staje się motorem
naszego życia, motywacją do podejmowania kolejnych wyzwań i działań.
Miłość
jest namiętnością i jest to teza niepodważenia ( oczywiście mogę się
mylić). Na temat tego uczucia, od momentu kiedy człowiek wynalazł sobie
pismo, papier i pióro, napisano tony woluminów próbując podać definicje,
opisać wieloaspektowość. Wszystko na próżno. Żadna książka nie poda nam
recepty. Wynika to zapewne z ludzkiego indywidualizmu, z tego że każda
jednostka ma swoją ideę oraz z subtelnych , mało zauważalnych różnic.
Mało
tego uważam,że literatura piękna może człowiekowi wyrządzić krzywdę.
Nie bez przyczyny Gustaw w " IV cz. Dziadów" krzyczy do Księdza: " Ty
mnie zabiłeś, Ty mnie nauczyłeś czytać". I ma racje.
W
ogóle ten romantyzm przyczynił się do wielu nieszczęść za sprawą
błędnego zrozumienia. W szkole wtłaczają nam jakieś mylne pojecie
miłości romantycznej, nie kładąc nacisku na to, że zawsze była to miłość
niespełniona i przyczyniała się do destrukcji bohatera.
Potem
zostaje nam poczucie niesprawiedliwości, niespełnienia i rozczarowania.
Ale przecież nie mogło być inaczej, bo miłość to nie to samo co stan
zakochania.
To
właśnie ten stan jest wszystkiemu winny. Zakochani , chodzimy
nieprzytomni ze szczęścia, obiekt zauroczenia przysłania nam świat, nie
widzimy jego wad, nie słyszymy zagrażających nam komunikatów, nie
widzimy niewłaściwego czy niestosownego zachowania. Wszystko jest po
prostu fantastyczne. Czekamy, tęsknimy, nakręcamy się, hormony bardzo
nam pomagają i nie potrafimy rozpoznać, co czym tak naprawdę jest.
Moje
niektóre koleżanki na studiach miały pomysł, żeby zamieszkać ze swoim
chłopakami. Ja nie widziałam w tym nic niestosownego, bo mam dość
liberalne poglądy, ale zawsze twierdziłam: " jeszcze zdążę się z nim
namieszać jak coś". Myliłam się w tym względzie na całej linii, to one
miały racje. Dlaczego? Odpowiem autentycznym przykładem. Pewnego dnia
syn pewnej kobiety ( wychowawczyni mojej siostry ze szkoły średniej)
przyszedł o domu i oznajmił, że on się żenić będzie. Matka zadała mu
pytanie: " Synu, czy musisz?" Opowiedział, że nie, ale oni tak bardzo
się kochają, że chcą być razem. A ona ( kurcze, mądra kobieta ) mówi, że
może lepiej by było, gdyby sobie najpierw pomieszkali razem bez ślubu,
bo to poważna decyzja. Teraz spotykają się raz - dwa razy na tydzień i
weekendy, to jest fajnie, ale to nie jest prawdziwe życie. Powiedziała
mu, że jeśli po roku będą nadal chcieli wziąć ślub, to ona nie będzie
miała nic przeciwko, bo w końcu są dorośli. Wszystko skończyło się po
pół roku. Pomieszkali sobie, poznali się, klapki z oczu spały, rozstali
się.
Bardzo
sobie cenię takie podejście rodziców, którzy nie zabraniają swoim
dzieciom żyć z powodu " co ludzie powiedzą". Uważam, że przyczyniają się
do szczęścia swoich dzieci. Niestety w większości przypadków jest
inaczej. To trucie, bo bez ślubu, jak to wygląda itd. Tylko nie wiem ,
gdzie jest napisane, że małżeństwo jest konieczne do szczęścia.
Przypadki , również mój, potwierdzają, że koniecznością to nie jest. I
tak jesteśmy przymuszani, wywierana jest na nas presja i wchodzimy w
coś, z czym później nie możemy sobie poradzić. Bo jak mamy sobie
poradzić w nowej, wcześniej nie spotkanej sytuacji? Chodzimy więc znowu
po omacku, szukając rozwiązań, bo nagle się okazało ( mniej więcej po
roku), że w zasadzie to on/ona jest inny/a niż przedtem, cholera znowu
nie ma dla mnie czasu, znowu zostawił skarpetki nie w tym miejscu co
powinien, znowu nie dotrzymał słowa, znowu jest zmęczony. Seks też już
stracił na atrakcyjności, bo hormony się uspokoiły, a zresztą to już
spowszechniało i nie ma tak się znowu do czego napalać. Jeszcze dołóżmy
pracę, wszystkie inne obowiązki, złe dni, zespół napięcia
przedmiesiączkowego i dramat gotowy i św. Walenty też mało pomoże. A
przecież można by tego wszystkiego uniknąć w bardzo prosty sposób.
Kiedyś
określając swój związek z P. powiedziałam, że "pieczemy chleb". Po
dwóch latach myślę, że mąkę przesialiśmy i zaczynamy wrabiać ciasto.
Jak mówi Loa " czas ciągły niedokonany".
--------------------------------------------------------------------------
Tak
właściwie to ja tu o rzeczach wielkich się rozpisuję, a proza życia
czeka. Jest 13.15, a ja w ciemnej d... jestem ze wszystkim.
Chciałabym
podziękować wszystkim odwiedzającym mojego bloga, bo zauważyłam, że
statystyka poszła w górę. Każda Wasza uwaga będzie dla mnie cenna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz