czwartek, 26 stycznia 2012

Mój długi urlop spowodował, że coraz częściej próbuje się przebić przez wypowiedzi rożnych ludzi, poznać częściowo ich historie, choć nie jest takie proste. Nie robię tego z niezdrowej ciekawości, bo nie mam ochoty w buciorach wchodzić w czyjeś sprawy, raczej to ciekawość badacza.
Wnioski można z tego wszystkiego wysnuć przeróżne, jednak nie ulega wątpliwości, że w 90% ludzie piszą, bo chcą przedstawić jakoś swoja opowieść, niejednokrotnie bardzo dramatyczną.
Czasami zastanawiam się ,czy ktoś tym ludziom obiecywał, że będzie pięknie, bez problemów, bez bólu? Że uda się na tej wielkiej scenie odegrać miłość bez cierpienia, wychowanie dzieci bez buntu przeciw wartościom, bez własnych egzystencjalnych rozterek, słabości, łez?
Jestem w sanie zrozumieć wiele, ale nie wszystko.
Problemy nastolatek są wręcz śmieszne w swojej naiwności. Oczywiście że nie należny w żaden sposób tego ośmieszać,czy negatywnie komentować, bo nastolatkowie przezywają i pojmują rzeczywistość na swój sposób i nieraz mają poczucie, że rozstanie z  chłopakiem, z którym " chodziło " się 2 tygodnie, jest życiową porażką.
Nie ulega wątpliwości, moim zdaniem, że w większości wypadków tragedia zaczyna się w momencie, gdy bliscy ludzie nie chcą ogrywać jakieś przeznaczonej roli w naszym przedstawieniu. Z bólem przychodzi się pogodzić, że nasza bajka nie jest ich bajką. Oczywiście są i tacy, którzy nie przyjmą nigdy tego do wiadomości.
Odnosząc się w swoich myślach do tych opowieści powtarzam często i coraz częściej słowa cioci mojej koleżanki Kasi- " Nie takie świat dramaty zna".  W pierwszym momencie taki tekst buzi złość, bo co mnie obchodzą inni, jak mi w tym momencie jest źle, jak mnie właśnie teraz spotyka nieszczęście. Po chwili zdanie zyskuje jednak na swojej wartości.
Zapewne niejednokrotnie nasze problemy wydałby się raczej błahe i niedorzeczne, gdybyśmy tylko wysili się spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa.
Ostatnio czytałam o rozpaczy matki, której córka odeszła. Z tego co udało mi się odczytać, problem z tym, że odeszła i mieszka sobie z jakimś dużo starszym od siebie mężczyzną. Odrzuciła wpajane rodzinne wartości, dokonała wyboru niezgodnego z przekonaniami rodziny. Tylko dlaczego nie pozwolić jej żyć tak jak chce, z uświadomieniem, że to ona poniesie konsekwencje swoich poczynań i wyborów zgodnie z zasadą " nie uważałeś/aś jak robisz, rób jak uważasz" . Chyba można cieszyć się z tego, że jest zdrowa, szczęśliwa, że nie umiera powoli na jakąś paskudną chorobę i ani ona sama ani nikt nie potrafi pomóc. Co mają zrobić matki, które zobaczą swoje dzieci w trumnach, bo jakiemuś szaleńcowi uroiło się w chorym mózgu, że będzie bronił Norwegię i Europę przed marksizmem kulturowym i islamem i strzelał do nich jak do kaczek?
Płacze nierozhisteryzowanych 20 letnich kobiet w stylu " bo mąż mnie już nie przytula, bo nie mówi mi codziennie, że mnie kocha, bo powiedział mi jakieś przykre słowo, bo jak kładzie się spać, to odwraca się do mnie plecami. Przepraszam, ale takie głupoty mnie nie przekonują, to nie są problemy, oczywiście dla mnie, choć w ich mniemaniu świat na łeb się wali z takiego powodu. Co mają powiedzieć ludzie, którzy nigdy przez nikogo nie zostaną przytuleni, bo np. w wyniku jakieś niedoskonałości nikt się nimi nie zainteresuje? Nawet nie będą mieli szansy, aby stworzyć własną rodzinę? Jeśli znacie odpowiedzi na te pytania, proszę się ze mną podzielić, bo sprawia mi to trudność.
Na koniec historia , która w pierwszym momencie budziła grozę, ale okazało się, ze aż tak źle nie jest.
Z koleżankami pracy pojechałam na 3 dniową wycieczkę. Drugi dzień wycieczki przewidywał wyjazd do Pragi. Pojechałyśmy, pozwiedzałyśmy, zrobiłyśmy procentowe zakupy u sąsiadów, bo tanio. Wracałyśmy późnym wieczorem, była jesień, padał deszcz, wiał zimny przeszywający wiatr. Zjeżdżaliśmy serpentyną pod Harrachovem, gdy nagle silnik autokaru zgasł. Kierowca odbijał samochód od barierek na stoku, za nimi była już tylko przepaść.W autokarze i na zewnątrz ciemno, nie widać, gdzie się toczymy. W końcu zadziałały hamulce awaryjne. Otworzyły się drzwi, musieliśmy ewakuować się dość szybko i sprawnie. Samochód znajdował się zaraz za zakrętem. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zza zakrętu wypał rozpędzony tir, a prawdopodobieństwo było duże, bo tuz przed przejściem granicznym. Wysiedliśmy, kierowca zjechał nieco dalej i zatrzymał auto w zatoczce. Gdy emocje opadły, temat i zagrażania wszystkie możliwe zostały obgadane, zaczęliśmy odczuwać zimno. Staliśmy jak sieroty i tupaliśmy dla rozgrzewki, uskarżając się, że zaraz zachorujemy na to albo na tamto. W końcu koleżanka wygłosiła przemowę : " Słuchajcie nie jest z nami tak źle. Przypomnijcie sobie jak żołnierze wojsk napoleońskich szli na Rosję. Tam to dopiero był mróz, pewnie z minus 30, nie mieli co jeść i zero perspektywy na zmianę sytuacji, albo ludzie w obozach koncentracyjnych. My to mamy tutaj luksusy na dobrą sprawę, mamy alkohol możemy się rozgrzać, D ( czyli ja) ma całe 2 pudełka czekolady Studenckiej, nic w zasadzie już nam nie grozi, to po co narzekać?. Lepiej sobie coś zaśpiewajmy. Miała racje, przecież mogliśmy stracić życie, a teraz stękamy, że musimy poczekać na transport godzinę w zimnie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz