Mój długi urlop spowodował, że coraz
częściej próbuje się przebić przez wypowiedzi rożnych ludzi, poznać
częściowo ich historie, choć nie jest takie proste. Nie robię tego z
niezdrowej ciekawości, bo nie mam ochoty w buciorach wchodzić w czyjeś
sprawy, raczej to ciekawość badacza.
Wnioski
można z tego wszystkiego wysnuć przeróżne, jednak nie ulega
wątpliwości, że w 90% ludzie piszą, bo chcą przedstawić jakoś swoja
opowieść, niejednokrotnie bardzo dramatyczną.
Czasami
zastanawiam się ,czy ktoś tym ludziom obiecywał, że będzie pięknie, bez
problemów, bez bólu? Że uda się na tej wielkiej scenie odegrać miłość
bez cierpienia, wychowanie dzieci bez buntu przeciw wartościom, bez
własnych egzystencjalnych rozterek, słabości, łez?
Jestem w sanie zrozumieć wiele, ale nie wszystko.
Problemy
nastolatek są wręcz śmieszne w swojej naiwności. Oczywiście że nie
należny w żaden sposób tego ośmieszać,czy negatywnie komentować, bo
nastolatkowie przezywają i pojmują rzeczywistość na swój sposób i nieraz
mają poczucie, że rozstanie z chłopakiem, z którym " chodziło " się 2
tygodnie, jest życiową porażką.
Nie
ulega wątpliwości, moim zdaniem, że w większości wypadków tragedia
zaczyna się w momencie, gdy bliscy ludzie nie chcą ogrywać jakieś
przeznaczonej roli w naszym przedstawieniu. Z bólem przychodzi się
pogodzić, że nasza bajka nie jest ich bajką. Oczywiście są i tacy,
którzy nie przyjmą nigdy tego do wiadomości.
Odnosząc
się w swoich myślach do tych opowieści powtarzam często i coraz
częściej słowa cioci mojej koleżanki Kasi- " Nie takie świat dramaty
zna". W pierwszym momencie taki tekst buzi złość, bo co mnie obchodzą
inni, jak mi w tym momencie jest źle, jak mnie właśnie teraz spotyka
nieszczęście. Po chwili zdanie zyskuje jednak na swojej wartości.
Zapewne
niejednokrotnie nasze problemy wydałby się raczej błahe i niedorzeczne,
gdybyśmy tylko wysili się spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa.
Ostatnio
czytałam o rozpaczy matki, której córka odeszła. Z tego co udało mi się
odczytać, problem z tym, że odeszła i mieszka sobie z jakimś dużo
starszym od siebie mężczyzną. Odrzuciła wpajane rodzinne wartości,
dokonała wyboru niezgodnego z przekonaniami rodziny. Tylko dlaczego nie
pozwolić jej żyć tak jak chce, z uświadomieniem, że to ona poniesie
konsekwencje swoich poczynań i wyborów zgodnie z zasadą " nie
uważałeś/aś jak robisz, rób jak uważasz" . Chyba można cieszyć się z
tego, że jest zdrowa, szczęśliwa, że nie umiera powoli na jakąś paskudną
chorobę i ani ona sama ani nikt nie potrafi pomóc. Co mają zrobić
matki, które zobaczą swoje dzieci w trumnach, bo jakiemuś szaleńcowi
uroiło się w chorym mózgu, że będzie bronił Norwegię i Europę przed
marksizmem kulturowym i islamem i strzelał do nich jak do kaczek?
Płacze
nierozhisteryzowanych 20 letnich kobiet w stylu " bo mąż mnie już nie
przytula, bo nie mówi mi codziennie, że mnie kocha, bo powiedział mi
jakieś przykre słowo, bo jak kładzie się spać, to odwraca się do mnie
plecami. Przepraszam, ale takie głupoty mnie nie przekonują, to nie są
problemy, oczywiście dla mnie, choć w ich mniemaniu świat na łeb się
wali z takiego powodu. Co mają powiedzieć ludzie, którzy nigdy przez
nikogo nie zostaną przytuleni, bo np. w wyniku jakieś niedoskonałości
nikt się nimi nie zainteresuje? Nawet nie będą mieli szansy, aby
stworzyć własną rodzinę? Jeśli znacie odpowiedzi na te pytania, proszę
się ze mną podzielić, bo sprawia mi to trudność.
Na koniec historia , która w pierwszym momencie budziła grozę, ale okazało się, ze aż tak źle nie jest.
Z
koleżankami pracy pojechałam na 3 dniową wycieczkę. Drugi dzień
wycieczki przewidywał wyjazd do Pragi. Pojechałyśmy, pozwiedzałyśmy,
zrobiłyśmy procentowe zakupy u sąsiadów, bo tanio. Wracałyśmy późnym
wieczorem, była jesień, padał deszcz, wiał zimny przeszywający wiatr.
Zjeżdżaliśmy serpentyną pod Harrachovem, gdy nagle silnik autokaru
zgasł. Kierowca odbijał samochód od barierek na stoku, za nimi była już
tylko przepaść.W autokarze i na zewnątrz ciemno, nie widać, gdzie się
toczymy. W końcu zadziałały hamulce awaryjne. Otworzyły się drzwi,
musieliśmy ewakuować się dość szybko i sprawnie. Samochód znajdował się
zaraz za zakrętem. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zza
zakrętu wypał rozpędzony tir, a prawdopodobieństwo było duże, bo tuz
przed przejściem granicznym. Wysiedliśmy, kierowca zjechał nieco dalej i
zatrzymał auto w zatoczce. Gdy emocje opadły, temat i zagrażania
wszystkie możliwe zostały obgadane, zaczęliśmy odczuwać zimno. Staliśmy
jak sieroty i tupaliśmy dla rozgrzewki, uskarżając się, że zaraz
zachorujemy na to albo na tamto. W końcu koleżanka wygłosiła przemowę : "
Słuchajcie nie jest z nami tak źle. Przypomnijcie sobie jak żołnierze
wojsk napoleońskich szli na Rosję. Tam to dopiero był mróz, pewnie z
minus 30, nie mieli co jeść i zero perspektywy na zmianę sytuacji, albo
ludzie w obozach koncentracyjnych. My to mamy tutaj luksusy na dobrą
sprawę, mamy alkohol możemy się rozgrzać, D ( czyli ja) ma całe 2
pudełka czekolady Studenckiej, nic w zasadzie już nam nie grozi, to po
co narzekać?. Lepiej sobie coś zaśpiewajmy. Miała racje, przecież
mogliśmy stracić życie, a teraz stękamy, że musimy poczekać na transport
godzinę w zimnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz