czwartek, 26 stycznia 2012

Jakiś czas temu Eva zaproponowała mi wspólny wyjazd do Krakowa. Miałyśmy się tam spotkać z naszym byłym wykładowca Jarosławem F.
Mimo wielu przeszkód logistycznych udało nam się dotrzeć. Jechałyśmy chyba z 4 godziny, ale czas mijał szybko, bo zawsze mamy sobie coś do powiedzenia :)) Miałyśmy plany ambitne. Dr F. nawet miał zamiar wprowadzić nas na konferencje naukową o twórczości Miłosza, ale było już tak późno, ze wszystko się odbyło bez nas.
Dotarłyśmy pod Collegium Novum. Nasz wykładowca czekał na nas cierpliwie. Zaprosił nas na kawę i oczywiście zaczął opowiadać o tym, co tam na konferencji było.
Gdy wyciągnął cukier zapakowany w papierowa ,małą torebkę z nadrukowanym nazwiskiem polskiego noblisty, to jednocześnie doznałam szoku, ale i poczułam się usprawiedliwiona. Powód usprawiedliwienia- szkolna gablota. Otóż pewnego dnia przyszłam do pracy i dowiedziałam się, że właśnie trwa " malowanie trawy" i musimy zmienić tradycyjna gazetkę. Na biegu wymyśliłyśmy,że będzie o Miłoszu, bo skoro trwa Rok Miłosza, to czemu nie. Wydrukowałyśmy zdjęcia, wiersz " Campo di Fiori" w czterech językach i wszystko było ok. Do czasu, kiedy zaczęłam wieszać te wszystkie dekoracje.
Nie mogłam wyjść z podziwu, gdy okazało się , że ta gablota wisi centralnie obok męskiej toalety. Pojawił się we mnie bunt polonisty i miłośnika literatury. Pobiegłam więc do pana Andrzeja. I truje mu: " Panie Andrzeju, proszę przewiesić tą gablotę, bo jak to wygląda, Miłosz, wiersz o powstaniu w warszawskim getcie i męski kibel za przeproszeniem, to się nie godzi." Pan Andrzej popatrzył na mnie jak na wariatkę zapewne, że mu gitarę zawracam jakimś nieuzasadnionym estetyzmem i mówi: " A jak by wisiał koło żeńskiego, to byłoby ok?" Jednoznacznie stwierdził, że nic się nie da zrobić i musi być jak jest. Podziękowałam mu i godząc się z rzeczywistością i nieprzebłagana materią, mając jednocześnie wewnętrzny sprzeciw, wróciłam do pracy.Kasia tez chyba miała dość moich wewnętrznych rozterek, bo stwierdziła, że nic się nie dzieje skoro wisiał tam już Goethe i Chopin- a co oni gorsi???- zapytała mnie. W domu u P. też nie znalazłam zrozumienia, jedynie Eva mnie rozumiała. Widząc zatem ten cukier  moje sumienie zostało uspokojone.
Ale czas już powrócić do spotkania, chociaż w dygresjach pewnie jestem lepsza niż Słowacki w " Beniowskim" :)
Na  początku nie mogłam się napatrzeć na naszego doktora, bo 10 lat minęło, a on się wcale nie zmienił i chociaż, jak sam stwierdził,  jest już starszym panem dobiegającym 50-tki, to nic się w nim nie zmieniło, wygląda dalej na 35 lat ( faceci maja fajnie- wolniej się starzeją).Opowiadał o różnych rzeczach, jak zwykle swobodnie przechodząc z tematu na temat.Ja natomiast uruchomiłam czujność i pokłady koncentracji, aby nie pleść od rzeczy mimochodem, żeby nie wyglądało na to, że on o gruszkach, a ja o karabinach. Rozmowa o literaturze, oczywiście o Miłoszu, o filozofii, kulturze, książkach. W pewnym momencie jednak zaczęłam się zastanawiać, komu w zasadzie potrzebne są takie dyskusje. Jakie to ma znaczenie, w jaki sposób przekłada się na nasze  realne życie. Zgodzę się co do jednego, na pewno takie rozmowy kształtują nasza wrażliwość estetyczną, ale również stanowią tylko dekorację- fasadę, za która odnajdujemy prawdziwe życie, które literaturą nie jest. Ja mam raczej stabilne poglądy i staram się realnie patrzeć na rzeczywistość, a nie przez pryzmat bajki. I z tego względu nie mam zamiaru zastanawiać się nad tzw. oczywistymi oczywistościami. Czy natura , czy kultura i co istotniejsze i co ma większy wpływ na nasze życie i zachowania.
Wczoraj z Eva nasunęła nam się taka oto refleksja o krakowskim spotkaniu. Nie uważamy,żeby był to dla nas stracony czas,bo dał nam dużo do myślenia. Sama Eva stwierdziła,że 10 lat przyczyniło się do przepaści. Mimo całego szacunku i sympatii dla dr. F. Evę zastanawia to, w jaki sposób można spędzić życie pisząc o czymś , co nie dotyczy rzeczywistości, zajmować się czymś tylko dla idei zajmowania się.
Ja znam odpowiedź. My musimy wyszarpać, wydrzeć od życia to co chcemy pazurami. Każdy dzień to walka o przetrwanie, wiec rozważania czy Miłosz bądź tez Gombrowicz ( przy wielkim moim uznaniu dla ich twórczości)zjadł obiad danego dnia czy nie i jaki to miało wpływ na jego życie , nie możne być priorytetem.
Pomijając jednak to wszystko, dalej mi przeszkadza ta gablota i jak idę korytarzem, to nawet na nią nie zerkam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz