Jakiś czas temu Eva zaproponowała mi
wspólny wyjazd do Krakowa. Miałyśmy się tam spotkać z naszym byłym
wykładowca Jarosławem F.
Mimo
wielu przeszkód logistycznych udało nam się dotrzeć. Jechałyśmy chyba z
4 godziny, ale czas mijał szybko, bo zawsze mamy sobie coś do
powiedzenia :)) Miałyśmy plany ambitne. Dr F. nawet miał zamiar
wprowadzić nas na konferencje naukową o twórczości Miłosza, ale było już
tak późno, ze wszystko się odbyło bez nas.
Dotarłyśmy
pod Collegium Novum. Nasz wykładowca czekał na nas cierpliwie. Zaprosił
nas na kawę i oczywiście zaczął opowiadać o tym, co tam na konferencji
było.
Gdy
wyciągnął cukier zapakowany w papierowa ,małą torebkę z nadrukowanym
nazwiskiem polskiego noblisty, to jednocześnie doznałam szoku, ale i
poczułam się usprawiedliwiona. Powód usprawiedliwienia- szkolna gablota.
Otóż pewnego dnia przyszłam do pracy i dowiedziałam się, że właśnie
trwa " malowanie trawy" i musimy zmienić tradycyjna gazetkę. Na biegu
wymyśliłyśmy,że będzie o Miłoszu, bo skoro trwa Rok Miłosza, to czemu
nie. Wydrukowałyśmy zdjęcia, wiersz " Campo di Fiori" w czterech
językach i wszystko było ok. Do czasu, kiedy zaczęłam wieszać te
wszystkie dekoracje.
Nie
mogłam wyjść z podziwu, gdy okazało się , że ta gablota wisi centralnie
obok męskiej toalety. Pojawił się we mnie bunt polonisty i miłośnika
literatury. Pobiegłam więc do pana Andrzeja. I truje mu: " Panie
Andrzeju, proszę przewiesić tą gablotę, bo jak to wygląda, Miłosz,
wiersz o powstaniu w warszawskim getcie i męski kibel za przeproszeniem,
to się nie godzi." Pan Andrzej popatrzył na mnie jak na wariatkę
zapewne, że mu gitarę zawracam jakimś nieuzasadnionym estetyzmem i mówi:
" A jak by wisiał koło żeńskiego, to byłoby ok?" Jednoznacznie
stwierdził, że nic się nie da zrobić i musi być jak jest. Podziękowałam
mu i godząc się z rzeczywistością i nieprzebłagana materią, mając
jednocześnie wewnętrzny sprzeciw, wróciłam do pracy.Kasia tez chyba
miała dość moich wewnętrznych rozterek, bo stwierdziła, że nic się nie
dzieje skoro wisiał tam już Goethe i Chopin- a co oni gorsi???- zapytała
mnie. W domu u P. też nie znalazłam zrozumienia, jedynie Eva mnie
rozumiała. Widząc zatem ten cukier moje sumienie zostało uspokojone.
Ale czas już powrócić do spotkania, chociaż w dygresjach pewnie jestem lepsza niż Słowacki w " Beniowskim" :)
Na
początku nie mogłam się napatrzeć na naszego doktora, bo 10 lat minęło,
a on się wcale nie zmienił i chociaż, jak sam stwierdził, jest już
starszym panem dobiegającym 50-tki, to nic się w nim nie zmieniło,
wygląda dalej na 35 lat ( faceci maja fajnie- wolniej się
starzeją).Opowiadał o różnych rzeczach, jak zwykle swobodnie przechodząc
z tematu na temat.Ja natomiast uruchomiłam czujność i pokłady
koncentracji, aby nie pleść od rzeczy mimochodem, żeby nie wyglądało na
to, że on o gruszkach, a ja o karabinach. Rozmowa o literaturze,
oczywiście o Miłoszu, o filozofii, kulturze, książkach. W pewnym
momencie jednak zaczęłam się zastanawiać, komu w zasadzie potrzebne są
takie dyskusje. Jakie to ma znaczenie, w jaki sposób przekłada się na
nasze realne życie. Zgodzę się co do jednego, na pewno takie rozmowy
kształtują nasza wrażliwość estetyczną, ale również stanowią tylko
dekorację- fasadę, za która odnajdujemy prawdziwe życie, które
literaturą nie jest. Ja mam raczej stabilne poglądy i staram się realnie
patrzeć na rzeczywistość, a nie przez pryzmat bajki. I z tego względu
nie mam zamiaru zastanawiać się nad tzw. oczywistymi oczywistościami.
Czy natura , czy kultura i co istotniejsze i co ma większy wpływ na
nasze życie i zachowania.
Wczoraj
z Eva nasunęła nam się taka oto refleksja o krakowskim spotkaniu. Nie
uważamy,żeby był to dla nas stracony czas,bo dał nam dużo do myślenia.
Sama Eva stwierdziła,że 10 lat przyczyniło się do przepaści. Mimo całego
szacunku i sympatii dla dr. F. Evę zastanawia to, w jaki sposób można
spędzić życie pisząc o czymś , co nie dotyczy rzeczywistości, zajmować
się czymś tylko dla idei zajmowania się.
Ja
znam odpowiedź. My musimy wyszarpać, wydrzeć od życia to co chcemy
pazurami. Każdy dzień to walka o przetrwanie, wiec rozważania czy Miłosz
bądź tez Gombrowicz ( przy wielkim moim uznaniu dla ich
twórczości)zjadł obiad danego dnia czy nie i jaki to miało wpływ na jego
życie , nie możne być priorytetem.
Pomijając jednak to wszystko, dalej mi przeszkadza ta gablota i jak idę korytarzem, to nawet na nią nie zerkam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz