czwartek, 26 stycznia 2012

Brunon Drywa, gdy zginął, miał tyle lat, co ja dzisiaj. Zwykły człowiek, taki jak miliony innych na ziemi. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, nie był ani zbyt niski, ani zbyt wysoki, ani zbyt gruby ani za chudy. Człowiek z najzwyklejszymi ludzkimi marzeniami: spłacić mieszkanie, kupić nowe meble i samochód.
17 grudnia 1970 roku, przed godzina 6 rano, jedzie do pracy, do stoczni. Pociąg zatrzymuje się na stacji, ludzie wysiadają i w tym samym momencie MO otwiera do nich ogień. Nie celują w nikogo, strzelają seriami na oślep, by zabić kogokolwiek. Jedna z kul trafia Brunona. Ciężko ranny, na pół przytomny trafia do szpitala, w którym umiera.
Dzień później, w samym środku nocy, ma miejsce pogrzeb. Żona Brunona wyrwana ze snu, dostaje od urzędników pół godziny,aby dotrzeć na cmentarz.
Żegna swojego męża, unosząc i przytulając jego ciało do siebie, które bezwładne usuwa się jej z rąk. Brunon leży w na szybce zbitej trumnie, ubrany w szpitalną piżamę, z otwartymi oczami, bez butów. wszystko trwa chwilę.Wieko trumny zostaje zabite. Na cmentarzu ksiądz odmawia krótka modlitwę. Prosi rodzinę, aby zaśpiewali wspólnie Salve Regina, na co milicjant odpowiada ; " Żadnych śpiewów, ma być cicho".

Zapada cisza.

Tylko że w serce i umysł wdzieją się myśli, które potrafią zmienić na zawsze człowieka. Coś co nigdy nie pozwoli o sobie zapomnieć, zasnąć bez niepokoju, coś co będzie powracać jak bumerang.



" Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze
ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych

i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy
przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie

ocalałeś nie po to aby żyć"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz