czwartek, 26 stycznia 2012

Stereotyp Matki Polki, choć w ostatnich latach trochę złagodniał, twa nadal. Co prawda nie patrzy się już na kobietę, która nie ma dzieci , jak na istne indywiduum, czy osobnika co najmniej podejrzanego, ale pytania cały czas padają. Jakby tego było mało, przy odpowiedzi negatywnej, pytający zadaje następne pytanie : DLACZEGO? I teraz tłumacz się człowieku z własnego życia innym. Ja osobiście nauczona tzw. życiowym doświadczeniem odpowiadam, ze nie mogę, co w znaczmy stopniu pytającego wprowadza w stan zażenowania, już wie, ze przekroczył jakieś tabu i dobrze mu tak, bo po co wtyka nos w nie swoje sprawy, niech się poczuje , choć trochę jak ja przed chwilą ( Boże- dlaczego obdarzyłeś mnie taka złośliwością:) ). Aby nie wywoływać " burzy w szklance wody" nigdy nie mówię prawdy. Prawda jest nadal społecznie nie do zaakceptowania przez 90% w dużej mierze kobiet.
Bardzo dawno temu mianowicie postanowiłam ,że nie będę miała dzieci. I to postanowienie nie jest wbrew moim potrzebom- ja zwyczajnie NIE CHCE. Będąc już mężatką wszyscy ( rodzina) tego oczekiwali.A będąc w kółko nagabywaną w końcu nie wytrzymałam i przy niedzielnym obiedzie, w obecności wszystkich obecnych, psując wszystkim zainteresowanym humor oświadczyłam, ze nie chce mieć dzieci, ze nie czuje takiej potrzeby. W kolejności rzuciły się na mnie moja mama i teściowa. Wiedzie jakie było ich pierwsze pytanie , w życiu byście nie podejrzewali , dokładnie usłyszałam w pretensjonalnym tonie - co to znaczy , że nie chce, ja muszę! A że mam również naturę buntownika i zawsze ceniłam sobie bardzo wysoko wolność, doszło do awantury. Usłyszałam między innymi, że bez dziecka nie ma rodziny i takie tam bzdety. Skończyło sie na tym, ze wykrzyczałam, że to ja sama zadecyduje czy w ogóle, a jesli tak, to kiedy będę miała dzieci i nikt więcej. Stanęło na tym, że ja dzieci nie mam , a mój ex owszem jakieś tam ma, nie wnikam, mało mnie to interesuje.Na szczęście P. też  ma Ala i Phila, więc gitary nie zawraca i w taki oto sposób wszyscy są zadowoleni.
      Nie znaczy to ,że mam nie doceniam tych kobiet, które maja dzieci, ale jeszcze bardziej cenie te, które mają odwagę mówić, że czasami miłość do dzieci nie przychodzi tak łatwo, że nieraz wieź ( dana jednym rodzicom od momentu urodzenia) musi zostać wypracowana, wyuczona, nabyta z czasem. Rozumiem mamy, które mówią : " nie od razu kochałam swoje dzieci".
Na studiach ( socjologia) próbowaliśmy omówić ten problem. Powodem był jakiś artykuł ( nie pamiętam już jaki- było to ponad 10 lat temu) poruszający właśnie ta kwestię. Autor przedstawiał w nim różne kwestie, miedzy innymi kosztów jakie ponoszą matki. Pierwszą z nich to ból i cierpienie związane z porodem. Podobno nie tak łatwo to zapomnieć. Może dlatego dzisiaj kobiety coraz rzadziej decydują się na poród naturalny. Często słyszałam opowieści rodzinne i inne, jak to było ciężko. Często słyszałam opnie kobiet, które twierdziły : nigdy więcej". Druga kwestią był fakt, że kobiety miały uczucie spustoszenia ich organizmu. Czuły jakby jakaś ich część została im silą wyrwana. Kolejna to brak akceptacji dla samej siebie po przebytej ciąży. Poczucie braku atrakcyjności ( tak ważnej dla każdej kobiety)- i proszę nie zaprzeczać.  W końcu rozczarowanie, że nie tak to miało wszystko wyglądać, że miało być fajnie, a wcale nie jest. Czasem , w dużej mierze później, pojawia się również rozczarowanie własnym dzieckiem, którego rodzice nie potrafią potraktować , jak samodzielnego człowieka obdarzonego indywidualizmem ( ma ro dziecko być takie, jak my chcemy). W końcu nie bez przyczyny w psychologii opisany  został dość dobrze  tzw. kryzys pierwszego dziecka ( zainteresowanych odsyłam do poszukiwań informacji na ten temat).
Zaznaczyłam wcześniej, że na zajęciach próbowaliśmy zająć się tą kwestią. Niestety mało udało się omówić, bo  " Matki Polki " ruszyły do ataku. Dla mnie osobiście wszystkie wyżej opisane przyczyny ( było ich więcej) były jak najbardziej możliwe i do przyjęcia, dla nich niestety nie. Najpierw opluły anonimowe kobiety, które mówiły o swoim problemie, potem mnie ( bo za przeproszeniem gó...o wiem), na końcu prowadzącego zajęcia ( bo był facetem i tez gó....o wie). Cóż z jednym się mogę zgodzić. Burzenie jednego z najmocniejszych i najbardziej zakorzenionego w mentalności stereotypu społecznego , nie jest łatwe.
Później na swojej drodze spotkałam kobiety, które potrafiły mówić o tym wprost ( choć kochały swoje dzieci). Jedna z nich ( nie wymienię nawet imienia), bo nie chcę, aby kiedykolwiek została zidentyfikowana i narażona na nieprzychylność innych.  Mimo że jest dobrą mamą dla swoich dzieci mówiła, że zawsze chciała mieć jedno dziecko i przez 11 lat tak było. Pewnego dnia dowiedziała się, że jest w ciąży i w dodatku była to ciąża bliźniacza. Opowiadała mi, jak ciężko było jej to przyjąć, bo maila inne plany, bo chciała zrobić to i to i okazało się, że jest to niemożliwe. Sama mówi, że ona małych dzieci nie lubi. Uważa się tzw. " małe dzidzie" wcale nie są fajne ( dra  się, robią w pieluchy itd), zabawy z nimi ją meczą, a infantylizm  przeraża. Twierdzi, że jak jej dzieci będą już duże, to nie weźmie na ręce żadnych innych dzieci.
Druga moja koleżanka ( też nie wymienię imienia) mówi o podobnej sprawie. Mianowicie jak trudno było jej nawiązać wieź z własnymi dziećmi. Świadczy to tylko o tym, że takie uczucia ( jak opisane wyżej) się zdarzają.
Na koniec chciałam zaznaczyć, ze nie poruszyłam kwestii patologii jaka  może być skutkiem braku więzi z własnym potomstwem ( materiał na następny post?- może kiedyś).
Ciesze się, że moim znajomym udało się pokochać swoje dzieci i nawiązać z nimi właściwe relacje. Gratuluje dziewczyny!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz