Stereotyp Matki Polki, choć w ostatnich latach trochę złagodniał, twa
nadal. Co prawda nie patrzy się już na kobietę, która nie ma dzieci ,
jak na istne indywiduum, czy osobnika co najmniej podejrzanego, ale
pytania cały czas padają. Jakby tego było mało, przy odpowiedzi
negatywnej, pytający zadaje następne pytanie : DLACZEGO? I teraz tłumacz
się człowieku z własnego życia innym. Ja osobiście nauczona tzw.
życiowym doświadczeniem odpowiadam, ze nie mogę, co w znaczmy stopniu
pytającego wprowadza w stan zażenowania, już wie, ze przekroczył jakieś
tabu i dobrze mu tak, bo po co wtyka nos w nie swoje sprawy, niech się
poczuje , choć trochę jak ja przed chwilą ( Boże- dlaczego obdarzyłeś
mnie taka złośliwością:) ). Aby nie wywoływać " burzy w szklance wody"
nigdy nie mówię prawdy. Prawda jest nadal społecznie nie do
zaakceptowania przez 90% w dużej mierze kobiet.
Bardzo dawno temu
mianowicie postanowiłam ,że nie będę miała dzieci. I to postanowienie
nie jest wbrew moim potrzebom- ja zwyczajnie NIE CHCE. Będąc już mężatką
wszyscy ( rodzina) tego oczekiwali.A będąc w kółko nagabywaną w końcu
nie wytrzymałam i przy niedzielnym obiedzie, w obecności wszystkich
obecnych, psując wszystkim zainteresowanym humor oświadczyłam, ze nie
chce mieć dzieci, ze nie czuje takiej potrzeby. W kolejności rzuciły się
na mnie moja mama i teściowa. Wiedzie jakie było ich pierwsze pytanie ,
w życiu byście nie podejrzewali , dokładnie usłyszałam w
pretensjonalnym tonie - co to znaczy , że nie chce, ja muszę! A że mam
również naturę buntownika i zawsze ceniłam sobie bardzo wysoko wolność,
doszło do awantury. Usłyszałam między innymi, że bez dziecka nie ma
rodziny i takie tam bzdety. Skończyło sie na tym, ze wykrzyczałam, że to
ja sama zadecyduje czy w ogóle, a jesli tak, to kiedy będę miała dzieci
i nikt więcej. Stanęło na tym, że ja dzieci nie mam , a mój ex owszem
jakieś tam ma, nie wnikam, mało mnie to interesuje.Na szczęście P. też
ma Ala i Phila, więc gitary nie zawraca i w taki oto sposób wszyscy są
zadowoleni.
Nie znaczy to ,że mam nie doceniam tych kobiet,
które maja dzieci, ale jeszcze bardziej cenie te, które mają odwagę
mówić, że czasami miłość do dzieci nie przychodzi tak łatwo, że nieraz
wieź ( dana jednym rodzicom od momentu urodzenia) musi zostać
wypracowana, wyuczona, nabyta z czasem. Rozumiem mamy, które mówią : "
nie od razu kochałam swoje dzieci".
Na studiach ( socjologia)
próbowaliśmy omówić ten problem. Powodem był jakiś artykuł ( nie
pamiętam już jaki- było to ponad 10 lat temu) poruszający właśnie ta
kwestię. Autor przedstawiał w nim różne kwestie, miedzy innymi kosztów
jakie ponoszą matki. Pierwszą z nich to ból i cierpienie związane z
porodem. Podobno nie tak łatwo to zapomnieć. Może dlatego dzisiaj
kobiety coraz rzadziej decydują się na poród naturalny. Często słyszałam
opowieści rodzinne i inne, jak to było ciężko. Często słyszałam opnie
kobiet, które twierdziły : nigdy więcej". Druga kwestią był fakt, że
kobiety miały uczucie spustoszenia ich organizmu. Czuły jakby jakaś ich
część została im silą wyrwana. Kolejna to brak akceptacji dla samej
siebie po przebytej ciąży. Poczucie braku atrakcyjności ( tak ważnej dla
każdej kobiety)- i proszę nie zaprzeczać. W końcu rozczarowanie, że
nie tak to miało wszystko wyglądać, że miało być fajnie, a wcale nie
jest. Czasem , w dużej mierze później, pojawia się również rozczarowanie
własnym dzieckiem, którego rodzice nie potrafią potraktować , jak
samodzielnego człowieka obdarzonego indywidualizmem ( ma ro dziecko być
takie, jak my chcemy). W końcu nie bez przyczyny w psychologii opisany
został dość dobrze tzw. kryzys pierwszego dziecka ( zainteresowanych
odsyłam do poszukiwań informacji na ten temat).
Zaznaczyłam
wcześniej, że na zajęciach próbowaliśmy zająć się tą kwestią. Niestety
mało udało się omówić, bo " Matki Polki " ruszyły do ataku. Dla mnie
osobiście wszystkie wyżej opisane przyczyny ( było ich więcej) były jak
najbardziej możliwe i do przyjęcia, dla nich niestety nie. Najpierw
opluły anonimowe kobiety, które mówiły o swoim problemie, potem mnie (
bo za przeproszeniem gó...o wiem), na końcu prowadzącego zajęcia ( bo
był facetem i tez gó....o wie). Cóż z jednym się mogę zgodzić. Burzenie
jednego z najmocniejszych i najbardziej zakorzenionego w mentalności
stereotypu społecznego , nie jest łatwe.
Później na swojej drodze
spotkałam kobiety, które potrafiły mówić o tym wprost ( choć kochały
swoje dzieci). Jedna z nich ( nie wymienię nawet imienia), bo nie chcę,
aby kiedykolwiek została zidentyfikowana i narażona na nieprzychylność
innych. Mimo że jest dobrą mamą dla swoich dzieci mówiła, że zawsze
chciała mieć jedno dziecko i przez 11 lat tak było. Pewnego dnia
dowiedziała się, że jest w ciąży i w dodatku była to ciąża bliźniacza.
Opowiadała mi, jak ciężko było jej to przyjąć, bo maila inne plany, bo
chciała zrobić to i to i okazało się, że jest to niemożliwe. Sama mówi,
że ona małych dzieci nie lubi. Uważa się tzw. " małe dzidzie" wcale nie
są fajne ( dra się, robią w pieluchy itd), zabawy z nimi ją meczą, a
infantylizm przeraża. Twierdzi, że jak jej dzieci będą już duże, to nie
weźmie na ręce żadnych innych dzieci.
Druga moja koleżanka ( też
nie wymienię imienia) mówi o podobnej sprawie. Mianowicie jak trudno
było jej nawiązać wieź z własnymi dziećmi. Świadczy to tylko o tym, że
takie uczucia ( jak opisane wyżej) się zdarzają.
Na koniec chciałam
zaznaczyć, ze nie poruszyłam kwestii patologii jaka może być skutkiem
braku więzi z własnym potomstwem ( materiał na następny post?- może
kiedyś).
Ciesze się, że moim znajomym udało się pokochać swoje dzieci i nawiązać z nimi właściwe relacje. Gratuluje dziewczyny!!!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz